„Faust” Michała Znanieckiego to spektakl zrealizowany z rozmachem, traktujący historię tytułowego bohatera jak punkt wyjścia do refleksji nad tak uniwersalnymi tematami jak sztuka, miłość, pragnienie życia i lęk przed śmiercią – również, a może przede wszystkim tą twórczą.
Krakowska realizacja jest postmodernistycznym kolażem skojarzeń, tropów i estetyk. Dawni mistrzowie i popkulturowe klisze spotykają się na jednej scenie.
Twórcy od samego początku bawią się motywem „teatru w teatrze”. Granice sceny wyznacza monstrualnych rozmiarów rama pozbawiona lustra. Samo zwierciadło nie jest wszak potrzebne, bo widownia ma się przeglądać w postaciach i mających nadejść wydarzeniach. Jednak zanim w murach opery wybrzmi Gounod, posłuchamy, jak na teatralnej próbie aktorzy mierzą się z tekstem Goethego – bez ozdobników, za to w zwykłych ciuchach i z zerkaniem na telefon ze znudzoną miną.
Stary Faust (Tomasz Kuk) pełni tu rolę reżysera szukającego weny, czegoś, co spowoduje, że praca w końcu ruszy z miejsca. Wstęp mający być swego rodzaju zerknięciem do teatralnej kuchni (w domyśle Teatru im. Juliusza Słowackiego, w którym wystawiano opery do czasu powstania dla niej nowej, autonomicznej siedziby) dłuży się niemiłosiernie, przez co solidarność widowni z mającym wszystkiego dość Faustem-reżyserem staje się wyjątkowo zażyła. Na szczęście dalej jest dużo lepiej.
Pakt z Mefistem (Rafał Siwek) dotyczy przede wszystkim odzyskania mocy tworzenia, kreowania rzeczywistości przez sztukę. Kiedy Faust ma zamiar odebrać sobie życie, nie słyszy dobiegających z oddali religijnych pieśni. Zamiast tego z nieba zjeżdża na linie tajemnicza akrobatka (Klaudia Bawer), której popisy wprawiają głównego bohatera w zachwyt. Wątek miłosny, będący główną osią opery Gounoda, w realizacji Michała Znanieckiego staje się wynikową przywróconego Faustowi élan vital. Tworzę, więc kocham – a nie kocham, więc tworzę. To sztuka wyzwala w głównym bohaterze pożądanie. Dlatego młody Faust (Adam Sobierajski) kiedy nabiera sił, nosi na sobie m.in. garnitur uszyty z motywów Gustava Klimta.
Twórcy zgrabnie połączyli różne estetyki, czasy i wątki, nie gubiąc przy tym fundamentów samej opery. Pomaga w tym świetna scenografia (autorstwa reżysera). Raz jest to widownia Teatru Słowackiego z jej piętrowo rozmieszczonymi lożami, gdzie Mefisto-Woland czaruje w trakcie balu, innym razem kościół z witrażami Wyspiańskiego (w Krakowie mamy taki jeden), w którym Szatan odprawia czarną mszę a ludzie zamienieni w zombies napierają na Małgorzatę (Iwonę Sochę) w charakterystycznym chodzie niczym żywe trupy z „Thrillera” Michaela Jacksona. W bardziej lirycznych momentach przedstawienia scena zamienia się w pole z łanami zbóż, by po jakimś czasie stać się labiryntem charakterystycznym dla wiedeńskich ogrodów. Rozmach scenograficzny naprawdę zasługuje na uznanie. Ważnym dopełnieniem całości są również multimedia (Karolina Jacewicz), które w nienachalny, ale sugestywny sposób pełnią funkcję metakomentarza.
Nie da się ukryć, że „Faust” w Operze Krakowskiej stoi Mefistem. Rafał Siwek gra w tym przedstawieniu pierwsze skrzypce. Nie chodzi jedynie o świetne partie wokalne, ale może przede wszystkim o osadzenie zła w różnych kontekstach. Diabeł bawi się z pozostałymi bohaterami, mieszając zaciekle w kulturowym kotle. Kto inny, jeśli nie istniejący poza czasem demon mógłby w krótkim odstępie czasu bawić się w dr. Mengele, pastwiąc się w lazarecie nad powracającymi z frontu francuskimi żołnierzami, by następnie ustawić nad sceną ogromną figurę Vecny ze „Stranger Things” czyli jednego ze swoich setek alter ego, tym razem w popkulturowej wersji. Tymi zabiegami Mefisto zdaje się mówić: jestem, zawsze byłem, po prostu teraz macie mnie za komiksowego bohatera albo postać rodem z klechd z mchu i paproci. Tym lepiej dla mnie – dla was niekoniecznie. Punktem kulminacyjnym diabelskich zabiegów jest świetna Noc Walpurgii w wykonaniu baletu Opery Krakowskiej (choć podobnie jak wstęp do spektaklu, nieco przeciągnięta w czasie).
Choć może wydawać się, że tragedia Małgorzaty gubi się gdzieś w gąszczu kulturowych odwołań i postmodernistycznych tropów, to jest wręcz przeciwnie. Dzięki szerokiemu wachlarzowi interpretacyjnemu twórców cierpienie, samotność, potępienie i odkupienie ukochanej Fausta nabiera wielowymiarowego charakteru. Można powiedzieć, że osadzenie jej losów w bardziej współczesnych ramach dodaje tej postaci kolorytu, uwiarygadnia w oczach dzisiejszej widowni.
„Faust” spodoba się zarówno tradycyjnym melomanom (mniej), jak i publice szukającej nowych rozwiązań w skostniałej formie, jaką jest opera (bardziej). Mimo że momentami realizacja jest niepotrzebnie rozciągnięta, prawie cztery godziny przedstawienia mijają pod znakiem świetnej scenografii, pomysłowych rozwiązań i połączeń tropów z różnych, czasem bardzo odległych światów.
Opera Krakowska