Pod koniec roku redaktor naczelny ma ten przywilej – i obowiązek – że może pozwolić sobie na chwilę podsumowania. Nie tylko premier, nazwisk i tytułów, ale także relacji. A te, niestety, coraz częściej każą zadawać pytania niewygodne.
Zauważam bowiem zjawisko, które przestaje być incydentalne, a zaczyna przybierać formę niepisanej praktyki: po publikacji krytycznej recenzji albo po wskazaniu nieprawidłowości w funkcjonowaniu teatru relacje portalu z działem promocji tej instytucji nagle się urywają. Przestają przychodzić materiały prasowe, maile pozostają bez odpowiedzi, a telefony nie są odbierane. Prośby o akredytacje — nawet składane z dużym wyprzedzeniem — trafiają w próżnię.
Cisza bywa bardziej wymowna niż oficjalne pismo
Nie chodzi przy tym o teksty obraźliwe, nierzetelne czy pisane w złej wierze. Mówimy o recenzjach, które spełniają swoją podstawową funkcję: oceniają dzieło artystyczne, argumentują swoje stanowisko i wpisują spektakl w szerszy kontekst estetyczny czy instytucjonalny. Mówimy także o artykułach interwencyjnych – rzadkich, ale potrzebnych – które zadają pytania o sposób zarządzania, przejrzystość decyzji czy relacje w zespole.
I właśnie wtedy zaczyna się problem
Coraz częściej mam wrażenie, że część instytucji kultury – a dokładniej: ich działy promocji i komunikacji – traktuje media nie jako partnerów dialogu, lecz jako przedłużenie własnej strategii marketingowej. Jeśli tekst wzmacnia przekaz promocyjny: współpraca kwitnie. Jeśli ten przekaz komplikuje – współpraca zostaje zawieszona, nieformalnie, bez słowa wyjaśnienia.
To mechanizm niepokojący z kilku powodów
Po pierwsze: recenzja nie jest materiałem promocyjnym. Nigdy nim nie była i – jeśli teatr ma ambicje uczestniczyć w życiu publicznym – nigdy być nie powinna. Krytyka teatralna z definicji zakłada możliwość oceny negatywnej. Próba „dyscyplinowania” mediów poprzez dostęp do informacji czy akredytacji oznacza w istocie presję, by tej krytyki nie było.
Po drugie: mówimy o instytucjach publicznych, finansowanych z pieniędzy podatników. Oczekiwanie, że media będą wobec nich wyłącznie życzliwe, a najlepiej milczące w sprawach trudnych, stoi w sprzeczności z elementarną zasadą przejrzystości życia publicznego. Nawet jeśli prawo prasowe nie reguluje wprost obowiązku odpowiadania na każdy mail, to duch tego prawa – i zwykłej kultury instytucjonalnej – mówi jasno: media nie są petentem, lecz uczestnikiem debaty.
Po trzecie wreszcie: taka strategia jest krótkowzroczna. Teatr, który zamyka się na krytykę, traci nie tylko kontakt z mediami, ale i z widzem. Bo widz nie potrzebuje dziś wyłącznie pochwał – potrzebuje rozmowy. A rozmowa bywa czasem trudna.
Nie piszę tego felietonu z pozycji obrażonego redaktora. Piszę go z troski o ekosystem, w którym teatr, krytyka i publiczność są ze sobą powiązane. Jeśli jeden z elementów próbuje uciszyć drugi, całość przestaje działać.
Marzy mi się sytuacja, w której negatywna recenzja nie jest traktowana jak akt wrogości, lecz jak zaproszenie do refleksji. W której dział promocji nie pyta: „czy ten portal nam sprzyja?”, lecz: „czy ten portal pisze uczciwie?”. To zasadnicza różnica.
Na koniec roku warto więc zadać pytanie nie tylko o kondycję teatru, ale i o kondycję dialogu wokół niego. Bo teatr, który boi się krytyki, zaczyna przypominać scenę bez widowni. A media, które godzą się na rolę tuby promocyjnej, przestają być mediami.
A na to – jako redaktor naczelny portalu teatralnego – zgodzić się nie mogę.