Między oceną a sugestią – o krytyce, komisjach i moralności recenzenckiej
fot. TdW
fot. TdW
Nie pierwszy raz w polskim teatrze artystyczny wybór staje się przedmiotem krytycznego sporu. Jednak tekst Jacka Cieślaka opublikowany w „Rzeczpospolitej” na temat pracy Komisji Artystycznej 31. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej zasługuje na chwilę refleksji – nie tylko z uwagi na krytykowany wybór finalistów, ale przede wszystkim z powodu tonu i charakteru tego komentarza – pisze Wiesław Kowalski.
Zacznijmy od rzeczy oczywistej: krytyk ma prawo wyrażać swoje zdanie. Ma także prawo do rozczarowania, jeżeli jego osobiste oczekiwania względem konkursu nie zostały spełnione. Jednak istnieje granica między opinią a insynuacją, między konstruktywną krytyką a sugerowaniem braku kompetencji komisji – tylko dlatego, że ta nie dokonała „właściwego” (czytaj: zgodnego z prywatnymi przekonaniami autora) wyboru.
W artykule Cieślaka pojawia się wątpliwa sugestia: że młody wiek członków Komisji Artystycznej – z jednym „energicznym seniorem” na czele – może mieć wpływ na brak „reprezentatywności” wyboru. To niezwykle niebezpieczne uproszczenie, które zakłada, że wiek decyduje o jakości sądów estetycznych. Co więcej, insynuuje, że „ludzie młodzi” są bardziej podatni na błędy, nietrafne oceny lub – co może dziwnie pobrzmiewać w tym tekście – ideologiczne wpływy. Takie ujęcie podważa kompetencje całego składu komisji, a także legitymizację ich pracy, opartej przecież na uważnym i czasochłonnym obejrzeniu ponad setki spektakli.
W tym kontekście warto zadać pytanie: czy to nie właśnie taka ocena – powierzchowna, oparta na subiektywnym żalu i retoryce „wiedzą lepiej, niż ja” – nie narusza recenzenckiej etyki? Cieślak pisze o „miażdżąco ocenianych” spektaklach, które trafiły do finału. Ale kto te miażdżące oceny wystawiał? On sam? Kilku recenzentów z tej samej bańki medialno-krytycznej? Czy to wystarczy, by uznać, że Komisja popełniła błąd? Czy recenzent, który de facto od lat pełni funkcję opiniotwórczą, nie powinien być bardziej świadomy relatywizmu własnych sądów?
Co więcej, sugestia, że “przy inaczej dobranym jury ryzyko takich ocen pracy komisji byłoby mniejsze” brzmi jak lament niespełnionego sędziego. Czyżby chodziło o niedoszłe członkostwo w komisji? Aluzja do braku kilku „najważniejszych tytułów sezonu” staje się tu nie tylko argumentem estetycznym, ale także wyraźnym tropem ambicjonalnym.
Na marginesie – czy wartość spektaklu mierzy się głośnością medialnego szumu wokół niego? Czy fakt, że niektóre tytuły miały mocną promocję i były obecne w dyskursie publicznym, musi oznaczać ich automatyczne miejsce w finale? Konkurs ma swoją specyfikę: ocenia oryginalne polskie teksty wystawione w ostatnich 20 latach. Czy wszystkie „głośne” tytuły rzeczywiście spełniały ten warunek? Czy niektóre nie były bardziej adaptacjami niż autorskimi, nowymi dramatami?
I na koniec kwestia etyki. Etyka recenzencka nie zabrania krytyki. Zabrania jednak uderzania ad personam, dyskredytowania innych środowisk tylko dlatego, że nie podzielają naszych ocen, oraz zasiewania niejasnych sugestii o pozamerytorycznych powodach decyzji komisji. Użycie retoryki „warto to naprawić przy kolejnych rozdaniach publicznych pieniędzy” nie tylko brzmi jak polityczne grożenie palcem, ale także podważa autonomię procesu selekcji artystycznej, który przecież opiera się na wielu głosach, nie tylko jednym.
Dlatego apeluję do nas wszystkich, krytyków i teatrologów: brońmy różnorodności sądów, także wtedy, gdy są one dla nas niewygodne. I brońmy prawa komisji do suwerennych wyborów – zwłaszcza wtedy, gdy są one dowodem artystycznej odwagi, a nie koniunkturalnego potakiwania głównemu nurtowi. Konkurs Wystawienia Polskiej Sztuki Współczesnej nie jest plebiscytem. Jest świadectwem zmieniającej się wrażliwości – także tej młodej.
I bardzo dobrze