Matka przeciwko Witkacemu
O spektaklu „Matka” Witkacego w reż. Waldemara Zawodzińskiego w Teatrze Polonia w Warszawie pisze Paulina Sygnatowicz.
fot. Robert Jaworski / Teatr Polonia
O spektaklu „Matka” Witkacego w reż. Waldemara Zawodzińskiego w Teatrze Polonia w Warszawie pisze Paulina Sygnatowicz.
fot. Robert Jaworski / Teatr Polonia
Trudno oprzeć się wrażeniu, że „Matka” Witkacego trafiła do repertuaru Teatru Polonia głównie dlatego, że Krystyna Janda chciała dopisać postać Janiny Węgorzewskiej do swojego aktorskiego CV. I gra ją znakomicie. Problem w tym, że reżyser Waldemar Zawodziński nie znalazł na ten spektakl pomysłu.
Owdowiałą arystokratkę, która całe swoje życie podporządkowała wychowaniu jedynego syna – Leona, grały wcześniej wybitne aktorki: Aleksandra Śląska, Halina Mikołajska, Agata Kulesza. Dla Jandy to coś więcej niż prestiżowa rola – postać zdaje się być dla niej bardzo osobista.
Matka z Ibsena
Choć w zamyśle Witkacego „Matka” miała być drwiną z ibsenowskiej psychologii, Janda gra ją do bólu prawdziwie. Buduje obraz kobiety silnej, inteligentnej, która – tak jak sama aktorka – nie potrafi funkcjonować bez pracy. Ale też zmęczonej życiem, nierozumiejącej i nieakceptującej współczesnych czasów. Jest rozdarta między chęcią kontroli a rezygnacją. Krąży wokół Leona jak satelita – zatroskana, lecz pogodzona z klęską. Spłaca długi syna, a jego żona – prostytutka z miernym IQ (w dobrym wykonaniu Agnieszki Skrzypczak) – nie wzbudza w niej szczególnego sprzeciwu. Ale tracąc wzrok, bez którego nie będzie w stanie pracować, coraz bardziej gaśnie – tak jakby to właśnie praca, a nie syn, była sensem jej życia. Jest zadziwiająco spokojna wobec narkotycznego szaleństwa, co staje się mocnym wyrazem jej pogodzenia z losem.
Syn z Witkacego
Janda unika groteski, gra wbrew witkacowskiej konwencji – głęboko i wewnętrznie. W kontrze do tej roli jest Tomasz Tyndyk jako Leon. Buduje postać „w ciele” – rzuca się, wije, krzyczy. Próbuje zmierzyć się z ekspresjonistyczną estetyką, ale w tej ekspresji gubi emocjonalną prawdę. Gra obok Jandy, nie z nią. Podobnie zresztą jak pozostałe postaci – interesujący Jarosław Boberek jako Plejtus czy psychodeliczna Katarzyna Gniewskowska w roli Lucyny Beer. W tej rozpiętości między realizmem a formą doskonale odnajduje się Małgorzata Rożniatowska jako służąca Dorota. Umiejętnie balansuje między przerysowaniem a psychologiczną głębią.
Reżyser (prawie) nieobecny
Waldemarowi Zawodzińskiemu, który odpowiada za adaptację, reżyserię, scenografię i światła, nie udało się posklejać aktorskich pomysłów w spójną całość. W pierwszej części reżyseria praktycznie nie istnieje. Dopiero w drugiej pojawia się ciekawy inscenizacyjny pomysł – Leon wyciąga z szuflady w kostnicy czerwoną włóczkę, tę samą, z której Matka dziergała na drutach. To mógł być mocny symbol relacji matki i syna (ich więzi, odcięcia pępowiny), ale pozostaje tylko pustym rekwizytem, niepotrzebnie plączącym się aktorom między nogami. Szkoda – ten obraz miał szansę unieść ten spektakl i stać się jego mocnym przesłaniem.
fot. Robert Jaworski / Teatr Polonia