W teatrze rzadko spotyka się aktorki, które nie tyle grają role, ile je w sobie noszą — jak skomplikowane pejzaże emocji, nieprzewidywalne i autentyczne. Maja Ostaszewska — dziś świętująca urodziny — należy do tego właśnie rzadkiego gatunku.
Nie jestem krytykiem z dystansem. Jestem widzem z pamięcią. I ta pamięć wciąż podsuwa mi obrazy — Ellinor Fierce Golders z Bzika tropikalnego w reżyserii Grzegorza Horsta D’Albertisa — dzika i dziko śmieszna, nieprzewidywalna jak sam Witkacy. Albo ta jej Aniela z Magnetyzmu serca Fredry — rola z pozoru lekka, a przecież pod powierzchnią złożona i pełna kobiecej strategii.
Później przyszła Tama McPhersona w Teatrze Studio. Valerie w wykonaniu Ostaszewskiej była jak echo — powściągliwe, ale zostające na długo w duszy. Kiedy patrzyłem na nią w Stosunkach Klary Loher w reżyserii Krystiana Lupy, pomyślałem, że to aktorka, która nie tylko wchodzi w psychikę postaci — ona tam zamieszkuje. Klara była złożona, rozedrgana, dramatyczna i zaskakująco cicha. A jednocześnie pełna siły.
Nie da się mówić o Ostaszewskiej bez przypomnienia jej współpracy z Krzysztofem Warlikowskim. To właśnie u niego jej Truda w Krumie, Harper w Aniołach w Ameryce, Odeta de Crécy w Francuzach czy Cypora w Wyjeżdżamy osiągają pełnię teatralnego życia. Są jak portrety malowane wewnętrzną temperaturą, a nie farbą. Przecież Harper – to nie tylko kobieta zagubiona w narkotycznych wizjach, ale i najbardziej krucha z postaci, które zderzyły się z nowoczesnością.
W Kabarecie warszawskim, Opowieściach afrykańskich, Elizabeth Costello, czy w Odysei. Historii dla Hollywoodu pokazała, że potrafi jednocześnie być w roli i poza nią — prowadzić widza przez wielopiętrowe narracje, nie gubiąc jego emocjonalnego kompasu. To się rzadko zdarza.
Ostatnio, w Kofman. Podwójnym wiązaniu Katarzyny Kalwat, wróciłem do tej samej myśli co przed laty: że Maja Ostaszewska jest aktorką, która nie szuka łatwego kontaktu z widzem. Ona go wymaga. Wymusza obecność, refleksję, skupienie. Nie narzuca się – ale też nie pozwala się zignorować.
Znamy ją z ekranów. Ale to scena teatralna — ta najbliższa, intymna — najlepiej pokazuje, kim naprawdę jest jako artystka: głęboka, bezkompromisowa, niebanalna. Przez lata oglądałem ją w rolach rozpisanych na emocjonalne półtony i wybuchy, w tekstach klasycznych i współczesnych, w komedii i tragedii. Za każdym razem wiedziałem jedno: oto aktorka, która nie gra dla efektu. Gra, bo nie potrafi inaczej.
Dzisiaj, w dniu jej urodzin, chciałbym podziękować. Za Valerie i Klarę. Za Harper, Trudę i Anielę. Za wszystkie te kobiety, które poprzez Ostaszewską nauczyły mnie widzieć więcej, słuchać uważniej i czuć głębiej. Bo to właśnie robi teatr najwyższej próby.
https://nowyteatr.org/pl