Maja Komorowska została doktorem honoris causa Akademii Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego w Krakowie. Uroczystość odbyła się 2 października podczas inauguracji 81. roku akademickiego uczelni.
O nadaniu aktorce najwyższej akademickiej godności pisaliśmy już 24 września. Senat AST podjął uchwałę w tej sprawie 25 maja 2026 roku, wskazując na stworzone przez Komorowską arcydzieła sztuki aktorskiej, które przeszły do historii teatru i kina, jej zasługi dla polskiej kultury oraz działalność obywatelską, społeczną i pedagogiczną.
[Czytaj: Maja Komorowska doktorem honoris causa Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie]
Szczególną częścią krakowskiej uroczystości była laudacja prof. Agnieszki Glińskiej – reżyserki, pedagożki, a przed laty studentki Mai Komorowskiej. Glińska zna swoją bohaterkę od czterdziestu lat. Spotkała ją po raz pierwszy podczas egzaminów wstępnych do szkoły teatralnej, później przez cztery lata była jej studentką, a następnie wielokrotnie spotykała się z nią w pracy. Dlatego jej opowieść przekracza ramy akademickiego podsumowania dorobku. Jest świadectwem uczennicy, reżyserki i artystki, która przez lata obserwowała sposób pracy Komorowskiej i jej wpływ na kolejne pokolenia aktorów.
Od Grotowskiego do Warlikowskiego
Glińska przypomniała drogę, która zaczęła się jeszcze przed teatrem. Po maturze Maja Komorowska przez rok pracowała jako salowa w szpitalu dziecięcym. Jak później opowiadała, właśnie wtedy zrozumiała, że wpływ na świat może mieć nawet dokładne pościelenie łóżka choremu dziecku, aby było mu wygodniej. W tym doświadczeniu Glińska odnajduje jedną z najważniejszych cech późniejszej postawy aktorki: potrzebę sensu i uważność na drugiego człowieka.
Komorowska ukończyła krakowską PWST w 1960 roku na Oddziale Lalkarskim. Debiutowała w Teatrze Groteska, a rok później rozpoczęła współpracę z Jerzym Grotowskim w Teatrze 13 Rzędów w Opolu, później w Teatrze Laboratorium we Wrocławiu. W kolejnych dekadach pracowała z Jerzym Jarockim, Erwinem Axerem, Maciejem Englertem, Krystianem Lupą i Krzysztofem Warlikowskim.
W laudacji pojawia się długa lista ról, które współtworzyły historię polskiego teatru: Hamm w „Końcówce”, Olga w „Trzech siostrach”, Lettycja w „Lettycji i lubczyku”, Maria w „Wymazywaniu”, Anna Meister w „Na szczytach panuje cisza”, Sarah Bernhardt w „Mimo wszystko”, role w „Aniołach w Ameryce”, „(A)pollonii” i „Odysei. Historii dla Hollywoodu”, wreszcie Elizabeth Costello w przedstawieniu Krzysztofa Warlikowskiego.
Glińską interesuje jednak przede wszystkim sposób, w jaki Komorowska traktuje teatr: jako zobowiązanie wobec widza. Aktorka przez lata przychodziła za kulisy z zeszytem wypełnionym własnymi notatkami do roli. Każdy spektakl pozostawał pracą wykonywaną od nowa, z odpowiedzialnością za słowa wypowiadane ze sceny i za to, z czym publiczność wyjdzie z teatru.
W laudacji powraca Winnie ze „Szczęśliwych dni” Samuela Becketta, jedna z najważniejszych ról Komorowskiej. Glińska przywołuje zdanie, które wielokrotnie od niej słyszała: trzeba sobie „zadać dzień, każdego ranka”.
„Prawda musi mieć kapelusz”
Szczególnie osobista jest część laudacji poświęcona Mai Komorowskiej jako pedagogowi. Przez ponad trzydzieści lat uczyła w warszawskiej Akademii Teatralnej. Dla Glińskiej zajęcia z nią stały się jednym z najważniejszych doświadczeń zawodowych.
Komorowska wymagała od studentów wyobraźni, dyscypliny i nieustannego poszukiwania. Uczyła „gryźć słowa”, mówić z różnych miejsc w ciele, korzystać z własnej wrażliwości i doświadczenia, a zarazem nie ulegać łatwym efektom, patosowi i pozorom głębi.
Jedno z przywołanych przez Glińską zdań znakomicie streszcza tę szkołę aktorstwa. Komorowska powtarzała studentom, że istnieją dwie prawdy: interesująca i nieinteresująca. Samo zagranie czegoś „prawdziwie” nie wystarcza.
Prawda w teatrze „musi mieć kapelusz”.
Za swobodą aktora muszą stać dyscyplina, autokontrola i precyzja. Dopiero one – jak mówiła studentom – pozwalają na sceniczne szaleństwo i improwizację. Glińska nazywa te zajęcia lekcją „radości szukania”.
Komorowska reżyserowała również przedstawienia dyplomowe. „Przy stole…” według Czechowa, „Teraz ja, czyli wariacje na temat”, „Letnicy”, „Wesele”, „Opowieści Hollywoodu”, „Panny z Wilka” czy „Szkice z Dostojewskiego” zdobywały nagrody, trafiały do Teatru Telewizji i przez lata pozostawały w pamięci kolejnych roczników szkoły teatralnej. Glińska pisze wprost, że w pracy pedagogicznej i reżyserskiej Komorowska „wyznaczyła niedościgniony poziom”.
Ponad pięćdziesiąt ról filmowych
Osobny rozdział tej biografii stanowi kino. Komorowska stworzyła ponad pięćdziesiąt ról filmowych, pracując między innymi z Andrzejem Wajdą, Krzysztofem Zanussim, Edwardem Żebrowskim i Tadeuszem Konwickim.
Bella w „Życiu rodzinnym”, Anna w „Za ścianą”, Marta w „Bilansie kwartalnym”, Rachela w „Weselu”, Jola w „Pannach z Wilka”, Ciotka Idalia w „Cwale”, Guślarz w „Lawie” czy Profesorowa w „Katyniu” tworzą jedną z najważniejszych aktorskich filmografii polskiego kina powojennego.
Glińska zwraca uwagę na autonomię tych bohaterek, ich wewnętrzny świat i walkę o zachowanie własnej godności. Przywołuje między innymi Annę z „Za ścianą”, graną w duecie ze Zbigniewem Zapasiewiczem, oraz Martę z „Bilansu kwartalnego”. W tych rolach dostrzega niezwykłe połączenie biologiczności, precyzji i pamięci ciała.
„Starać się. Niepomna. Nie wiem”
Finał laudacji przynosi trzy słowa.
Podczas rozmowy z Agnieszką Glińską w spektaklu Teatru Telewizji „Po co ten spacerek?” z 2025 roku Maja Komorowska, zapytana o słowa dla siebie najważniejsze, wymieniła:
„starać się”, „niepomna”, „nie wiem”.
„Starać się” Glińska odczytuje jako wkładanie energii i uważności w działanie oraz troskę o drugiego człowieka. „Niepomna” oznacza świadome odsuwanie w niepamięć bólu, cierpienia, trudności i niepowodzeń. A do słów „nie wiem” – jak mówi Komorowska – trzeba dojrzeć.
Właśnie tym obrazem Agnieszka Glińska domyka portret swojej dawnej profesorki. Pisze o osobie obecnej tam, gdzie można wesprzeć słabszych i potrzebujących, zainteresowanej drugim człowiekiem, dzielącej się poezją, zachwytami, własną uwagą. Szacunek wobec ludzi i świata staje się w tej opowieści wspólnym mianownikiem aktorstwa, pedagogiki i codzienności Mai Komorowskiej.
Pełna laudacja Agnieszki Glińskiej w Teatrze dla Wszystkich
Teatr dla Wszystkich jako jedyny publikuje pełny tekst laudacji prof. dr hab. Agnieszki Glińskiej wygłoszonej z okazji nadania prof. Mai Komorowskiej tytułu doktora honoris causa Akademii Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego w Krakowie.
To siedem stron osobistej opowieści o aktorce, pedagożce i człowieku – od pierwszych doświadczeń teatralnych i pracy z Jerzym Grotowskim, przez role u najważniejszych polskich reżyserów, kino, ponad trzy dekady pracy ze studentami, aż po najprostsze słowa, które dla Komorowskiej pozostają najważniejsze.
Poniżej publikujemy laudację prof. Agnieszki Glińskiej w całości.
PROF. DR HAB. AGNIESZKA GLIŃSKA
LAUDACJA DOROBKU ARTYSTYCZNEGO PROF. MAI KOMOROWSKIEJ
Magnificencjo Rektorze,
Dostojna Doktorantko,
Wysoki Senacie,
Szanowna Społeczności Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie,
Znakomici Goście dzisiejszej uroczystości,
Szanowni Państwo,
to niezwykły i piękny dzień, „i znowu cudowny dzień”, jak mówi Winnie z Szczęśliwych dni Becketta, którą uhonorowana tytułem doktora honoris causa Akademii Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego w Krakowie Maja Komorowska gra i tworzy na scenie Teatru Dramatycznego w Warszawie nieprzerwanie i nieustępliwie od ponad trzydziestu lat. Jestem tu dziś, by przepełniona radością i wzruszeniem przybliżyć artystyczny dorobek i dokonania Pani Profesor Mai Komorowskiej. W tej laudacji pojawią się oczywiście daty, tytuły, nazwiska, miejsca. Są ważne, tworzą obraz spektakularnie bogatej drogi zawodowej Artystki. Ale lista osiągnięć nie wystarcza, by opowiedzieć Maję Komorowską, chciałabym mówić też o tym, czego nie uchwyci żaden opis dorobku – mówić o Jej sposobie myślenia, bycia w świecie i wpływie, jaki wywiera na ludzi, którzy mają szczęście z Nią pracować i Ją spotkać.
Mam ten szczególny przywilej, że mówię dziś o Profesor Komorowskiej nie tylko jako autorka refleksji nad Jej dorobkiem, ale także jako osoba szczodrze przez Maję obdarowana Jej osobowością i obecnością: równo czterdzieści lat temu spotkałam Ją pierwszy raz, za zielonym stołem, w komisji rekrutującej na studia. Miałam niebywałe szczęście być Jej studentką, przez cztery lata rozwijać się i uczyć pod Jej czujnym i czułym okiem, miałam również okazję po wielokroć spotkać Ją we wspólnej pracy. Ta szczególna relacja dodaje mi odwagi i spróbuję, z głębi serca, z wdzięcznością za wszystko, podzielić się z Państwem obrazem, jaki noszę w sobie i opowiedzieć nie tylko tę fascynującą drogę twórczą, ale dać świadectwo Jej pasji, uważności, zaangażowania i tej, jedynej w swoim rodzaju, zdolności inspirowania innych. Spróbuję, choć jak mówi Winnie, „brak słów”.
Teatr. Galop wyobraźni i wędzidło formy
Zanim wybrała życie w teatrze, po maturze pracowała przez rok w szpitalu dziecięcym jako salowa – pomocnica pielęgniarek. Jak sama opowiada w publikacjach i wywiadach, zrozumiała wtedy, że wpływ na świat można mieć ścieląc dziecku dokładnie łóżko, żeby mu się w chorobie wygodnie leżało. Że w drobnych gestach i działaniach opartych na współodczuwaniu tkwi nasza człowiecza moc. Maja Komorowska, mając w pamięci tamto doświadczenie, od zawsze, we wszystkim, co robi szuka tego poczucia sensu, tego wpływu. Ukończyła naszą uczelnię – wtedy PWST, w roku 1960, na Oddziale Lalkarskim, który wtedy był tu w Krakowie. Debiutowała w Teatrze Lalki, Maski i Aktora Groteska, a w 1961 roku podjęła wieloletnią współpracę z Jerzym Grotowskim w Teatrze 13 Rzędów w Opolu i Teatrze Laboratorium we Wrocławiu (do 1968). W 1963 roku zdała eksternistyczny egzamin aktorski. Później nastąpiły role w spektaklach najwybitniejszych twórców teatralnych XX i XXI wieku. Doświadczenia z pracy w zespole Jerzego Grotowskiego potrafiła w niepowtarzalny sposób zasymilować z językami tak różnorodnych osobowości twórczych, jak: Jerzy Jarocki, Erwin Axer, Krystian Lupa, Maciej Englert, czy w ostatniej dekadzie – Krzysztof Warlikowski. Wiele z tych spektakli i ról Mai stało się legendami polskiego teatru.
Tak jak Jej rola Hamma w Końcówce w reżyserii Jerzego Krasowskiego w Teatrze Polskim we Wrocławiu (1972) i w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie (1974). „Płeć dodaje się na końcu” – mówi Maja, pytana o proces tworzenia tej roli. Jak Stara Kobieta w sztuce Różewicza (w reżyserii Jerzego Jarockiego, 1969), gdzie fruwała na żyrandolu pod sufitem. Jak Krasawica w Bolesławie Śmiałym (1969) Wyspiańskiego w reżyserii Helmuta Kajzara. Jej opowieść o procesie budowania tej roli pozwala nam zrozumieć, na czym tak naprawdę polega proces przeobrażenia w sceniczny kształt własnych doświadczeń i obrazów, które w sobie nosimy.
Ale opowiem o rolach, które dane mi było zobaczyć, które zapisały się trwale w mojej pamięci. Olga w Trzech siostrach (reżyseria Maciej Englert, Teatr Współczesny w Warszawie, 1985) – obolała od kompromisów, wytrwale biorąca trudy życia całego rodzeństwa na swoje barki. I żyjąca jakby na przekór racjonalnemu światu, zwariowana i zabawna do łez Lettycja w Lettycji i lubczyku (reżyseria Maciej Englert, Teatr Współczesny w Warszawie, 1989) – „czasem trzeba błazeńskiej maski, żeby odkryć prawdę”, wyjaśni w rozmowie z Tadeuszem Sobolewskim. Niespokojna Ciocia Pola we Wniebowstąpieniu według Tadeusza Konwickiego w reżyserii Macieja Englerta (Teatr Współczesny w Warszawie, 2002). Efekt naszej wspólnej podróży z Gorkim, pełna życiowej mądrości i zrozumienia dla tragedii ludzkich Tatiana Bogajewska w Barbarzyńcach (Teatr Współczesny w Warszawie, 2000).
Role w spektaklach Krystiana Lupy: Poetka Maria w Auslöschung/Wymazywanie Thomasa Bernharda (Teatr Dramatyczny w Warszawie, 2001). Irina Arkadina w Niedokończonym utworze na aktora według Mewy Czechowa oraz Pilar w Sztuce hiszpańskiej Yasminy Rezy (Teatr Dramatyczny w Warszawie, 2004). Anna Meister w porywającym duecie z Władysławem Kowalskim w sztuce Na szczytach panuje cisza Thomasa Bernharda (Teatr Dramatyczny w Warszawie, 2006).
Wybitna Sarah Bernhardt w Mimo wszystko Johna Murrella (reżyseria Waldemar Śmigasiewicz, Teatr Współczesny w Warszawie, 2005) – samotna, żyjąca przeszłością, poddająca swoje życie w teatrze bolesnej szczerej wiwisekcji. Rabin w Aniołach w Ameryce (reżyseria Krzysztof Warlikowski, Nowy Teatr w Warszawie), także u tego twórcy role w (A)pollonii oraz Odysei. Historii dla Hollywoodu (2021), a nade wszystko Elizabeth Costello w spektaklu z 2024 roku – jej kreację w tym przedstawieniu nazwano jednogłośnie teatralnym cudem i nagradzano na festiwalach w Polsce i na świecie.
Maja Komorowska na scenie magnetyzuje i porusza do głębi połączeniem artyzmu i człowieczeństwa, zabiera widzów do podróży w głąb siebie. W jej scenicznej obecności jest taka siła oddziaływania, której nie da się z niczym porównać. Potrafi wnikliwie, z wielu perspektyw, opowiadać – w wywiadach, książkach i publikacjach – o teatrze i o tym, jak widzi swoją w nim rolę.
Od lat uważam, że książka Pejzaż. Rozmowy z Mają Komorowską dawne i nowe Barbary Osterloff powinna być lekturą obowiązkową na wydziałach aktorskich. Widziałam Maję wielokrotnie za kulisami, podczas spektakli, zawsze z zeszytem pełnym własnych notatek o roli, zaczytaną w nich, skupioną. Wybory teatralne Mai Komorowskiej to również opowieść o odpowiedzialności: za słowa, jakie padają ze sceny, za przekaz, jaki płynie ze spektaklu i za to, z czym widz opuści widownię po skończonym przedstawieniu. Każdy spektakl, każde spotkanie z widzami jest dla Niej świętem. Od trzydziestu ponad lat takim świętem jest każde spotkanie ze wspomnianą już Winnie, bohaterką Szczęśliwych dni Becketta. Winnie – mimo nieuchronności końca – trwa, zaciekawia się, podziwia. Żyje. Maja Komorowska przekazuje nam przez tę postać to, w co sama wierzy. Podzielę się z Państwem tym, co słyszałam od Mai wielokrotnie: trzeba sobie „zadać dzień, każdego ranka”. Sam się nie zrobi dobrym. Jak w wierszu Miłosza O aniołach:
Słyszałem ten głos nieraz we śnie
I, co dziwniejsze, rozumiałem mniej więcej
Nakaz albo wezwanie w nadziemskim języku:
zaraz dzień
jeszcze jeden
zrób co możesz.
Film. Ból i światło
Andrzej Wajda, Krzysztof Zanussi, Edward Żebrowski, Tadeusz Konwicki – u tych i innych największych twórców polskiego kina XX wieku Maja Komorowska stworzyła ponad pięćdziesiąt niezapomnianych filmowych ról, ponad pięćdziesiąt kobiecych portretów, które mimo upływu lat możemy oglądać dziś z niegasnącą fascynacją i zachwytem. Bella w Życiu rodzinnym (1970), Anna w Za ścianą (1971), Marta w Bilansie kwartalnym (1974), Marta w Ocaleniu (1972), Rachela w Weselu (1972), Musia w Jak daleko stąd, jak blisko (1971), Teresa w Spirali (1978), Jola w Pannach z Wilka (1979) – to tylko część postaci wykreowanych przez Maję Komorowską w dekadzie lat 70-tych ubiegłego wieku. Później było ich jeszcze wiele, różnorodnych, charyzmatycznych, jak Ciotka Idalia z Cwału (1995), hipnotycznych jak Guślarz w Lawie (1989), wstrząsających dyskrecją bólu jak Profesorowa w Katyniu (2007).
Maja Komorowska komponuje swoje filmowe bohaterki wielowarstwowo, ale zawsze w bazie tych kompozycji jest to coś, co buduje więź z widzem na najgłębszym poziomie: autentyczność, potrzeba niezależności, sprawczości, autonomii. Nawet w najtrudniejszych życiowych okolicznościach nie są bezwolne. Nawet w najgorszej samotności, w mroku i zagubieniu, Maja ocala w swoich bohaterkach ich wewnętrzny świat. Zobaczcie Państwo, jeśli nie pamiętacie, tę scenę, gdy Marta z Bilansu kwartalnego staje na głowie, gdy robi salta na trampolinie, jak odsłania się, ukrywana w błahości codziennych zdarzeń, tęsknota, by oderwać się od ziemi, zerwać wszelkie więzy. Zobaczcie Bellę z Życia rodzinnego – zaklętą w dorosłym ciele poranioną dziewczynę, obejrzyjcie koniecznie na nowo tańczącą jak na zatracenie Rachelę, rozedrganą, nieprzewidywalną Jolę w Pannach z Wilka. I jedna z najbardziej poruszających kreacji w polskim kinie – Anna w Za ścianą w genialnym duecie ze Zbigniewem Zapasiewiczem i jej próba zawalczenia o siebie, o godność, o równość, o przebicie szklanego sufitu.
Patrzę dziś na te role i nie mogę wyjść z podziwu, jak organicznie, biologicznie i jednocześnie z jaką precyzją opowiada swoje filmowe bohaterki Maja Komorowska. Jest w tym mądrość pamięci ciała i to coś nienazywalnego w każdej ludzkiej istocie, co najsilniej w nas przypomina, że żyjemy. Filmowe wcielenia Mai Komorowskiej to portrety kobiet, jakimi dziś pragniemy być – dzielne, nieoczywiste, mieniące się, pełne, nieskrępowane w przeżywaniu siebie, wypełnione wewnętrznym krajobrazem, cielesne i w nieposkromiony sposób obecne w życiu.
Tadeusz Sobolewski napisał, że Maja Komorowska ma „niezwykłą zdolność dotykania ciemnych stron życia i prześwietlania ich wewnętrzną jasnością”. Trzeba ciemności, żeby zobaczyć światło.
Praca w uczelni. Prawda musi mieć kapelusz
Opowiem o zajęciach z Profesor Komorowską, których doświadczyłam i które stały się dla mnie najważniejszym punktem odniesienia w całej zawodowej drodze, a także i o tym, co mogłam obserwować w czasach, gdy równolegle prowadziłyśmy grupy studenckie w warszawskiej Akademii Teatralnej. Spróbuję opisać to, co dla wszystkich, których uczyła (a jest nas naprawdę wielu, Maja Komorowska pracowała w AT przez ponad 30 lat), stało się dzięki temu spotkaniu formującym pokoleniowym doświadczeniem i kanonem teatralnego języka. Choć znów nie mam pewności, czy słowa wystarczą. Bo tego, że gdzieś za słowami, które wypowiadamy, pomiędzy słowami, kryje się zawsze dużo więcej znaczeń, sensów, przeżyć, odczuć, nienazywalnych i przez to prawdziwych – tego właśnie uczyła studentów Maja Komorowska.
Nie uczyła metod ani sposobów. Uczyła tego, co w aktorskim zawodzie najtrudniej nazwać i uchwycić, tego co jest niewerbalne, w niedopowiedzeniu, w czuciu, niedokończonym geście, w zatrzymanym oddechu, w niepowtarzalności chwili, w wewnętrznym, nieujawnionym pejzażu postaci.
Zarażała niespożytą energią, te zajęcia były jak tornado, jak trąba powietrzna, która porywała nas w swój wir, wychodziliśmy z nich wykończeni i szczęśliwi, bo Maja zarażała nas też wiarą w to, że aktorstwo jest twórczością. Była na tych spotkaniach żywiołem, wulkanem kreatywności i jednocześnie uważną opiekunką i wymagającą przewodniczką.
Pokazywała nam, jak używać i jak trenować wyobraźnię. Jak „gryźć słowa”, jak mówić z różnych miejsc w ciele. Jak czerpać z własnej wrażliwości, jak przetwarzać własne doświadczenia, jak „karmić” postać sobą i jak uczyć się od postaci. A także jak pozostać nieustępliwym, nie dać się uwieść efektownym pomysłom i pozorom głębi. Bywała niecierpliwa, nie uznawała powierzchownych, kliszowych rozwiązań, braku wewnętrznej dyscypliny, patosu, blichtru. Jako adepci i adeptki aktorstwa uczyliśmy się od Niej teatralnego etosu i gustu.
Obdarowywała nas swoim wyjątkowym poczuciem humoru, pokazywała na własnym przykładzie, że traktowanie teatru śmiertelnie serio nie wyklucza lekkości i zdrowego dystansu. Że twórczość może być zabawą i mozołem jednocześnie. Obserwując niespożytą energię Mai Komorowskiej przez te wszystkie lata, można szczerze nie rozumieć obowiązujących dziś zasad „work-life balance”. Bo dla Niej dzielenie się sobą było i jest niewyczerpywalnym źródłem życiowych i twórczych sił.
Sens teatralnej twórczości według Mai objawia się w zespołowości, w słuchu i wyczuleniu na energię scenicznych partnerów, w budowaniu wspólnie w „tu i teraz” jedynej niepowtarzalnej jakości, którą można wspólnie podarować widzowi. Przez osmozę przejmowaliśmy od Niej troskę, by osoby na widowni mogły wyjść z teatru bogatsze. Powtarzała, że czasem, gdy przed spektaklem fizycznie brak jej sił, dedykuje swoje bycie na scenie komuś bliskiemu, robi to „dla” i wtedy dodatkowe siły przychodzą.
Uczyła cierpliwości do błądzenia i nieustępliwego szukania prawdy, tej jednej jedynej, właściwej dla danej chwili i dla tego jedynego, wyjątkowego na świecie człowieka. Powtarzała, że są dwie prawdy: interesująca i nieinteresująca. I że „prawdziwie” to za mało, to nic nie znaczy. Że prawda w teatrze „musi mieć kapelusz”.
Pokazywała, jak ważne jest mądre, higieniczne korzystanie z siebie, wskazywała na konieczność dyscypliny, autokontroli, precyzji, bo te trzy rzeczy dopiero stwarzają bezpieczne pole do scenicznej improwizacji i szaleństwa. Zajęcia z Mają były o „radości szukania” – podstawowym i koniecznym warunku twórczości.
Mądrość Profesor Komorowskiej polegała też na tym, że uczyliśmy się dostrzegania złożoności życia, ludzi i zjawisk. Dzięki Mai wiem, że nic nie jest łatwe, oczywiste, linearne, przyczynowo-skutkowe. Że jesteśmy pełni sprzeczności, a zawiłości świata nie da się wyjaśnić, opowiedzieć bez poezji i metafizyki. Że, jak mówił Hrabal, człowieka nie da się naprawić jak zakleja się dziurę w baloniku, bo człowiek to bardzo delikatny balonik…
Reżyserowała spektakle dyplomowe. Nagradzane na festiwalach, w tym kilkakrotnie Grand Prix na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi, entuzjastycznie przyjmowane przez widownię, wnikliwie opisywane przez recenzentów, często zaliczane do najważniejszych wydarzeń teatralnych sezonu, przenoszone do Teatru TV. Mówiono o nich „kultowe”.
Spektakl Przy stole… na podstawie opowiadania Antoniego Czechowa powstał w 1985 roku. Możemy obejrzeć dziś telewizyjną realizację i z perspektywy lat dostrzec, jak spektakl ten wyprzedził swój czas. Reżyseria Mai Komorowskiej jest misterna, precyzyjna do najdrobniejszego gestu, oddechu, spojrzenia. Czuć partyturę – to ulubione określenie Pani Profesor, postaci wzajemnie zarażają się, infekują emocjami, podskórna tkanka niewyrażonych pragnień prowadzi bohaterów przez ciąg absurdalnych, komicznych często perypetii, jest zabawnie i chwilami przeraźliwie smutno. Ludzie jak oglądane pod mikroskopem elektrony spotykają się, zderzają, krążą po orbicie, pozór chaosu i nagle, w sekundę – wspólne zatrzymanie, wspólny śpiew czy zjawiskowa scena z padającym śniegiem na koniec. Zupełnie nowy, od zera stworzony przez reżyserkę ze studentami teatralny język. Teatr oparty na formie, który zabiera widza do uczestnictwa emocjonalnego, zanim ten zdąży się zorientować. Cztery lata później dyplom mojego rocznika – Teraz ja, czyli wariacje na temat (1990) znów według Czechowa i Aleksandra Ostrowskiego. Opowiadając perypetie postaci z jednoaktówek Czechowa, opowiadaliśmy jednocześnie o zapętleniu w sztuce, o balansowaniu na cienkiej granicy pomiędzy teatrem a życiem.
Szczęśliwi Ci widzowie, którym dane było zobaczyć Letników (1994) Gorkiego, Wesele (1998) Wyspiańskiego, Panny z Wilka (2011) według Iwaszkiewicza, Opowieści Hollywoodu (2006) Hamptona, Szkice z Dostojewskiego (2014) w reżyserii Mai Komorowskiej, to były przedstawienia wykraczające nie tylko poziomem i jakością aktorstwa, ale też zamysłem inscenizacyjnym, realizacyjnym i przekazem myślowym, daleko poza standardy dyplomowych spektakli. Przedstawienia, jakich zazdrościły najważniejsze sceny teatralne. Profesor Maja Komorowska w roli reżyserskiej i pedagogicznej wyznaczyła niedościgniony poziom.
Troska i staranie
W naszej rozmowie w spektaklu Teatru Telewizji Po co ten spacerek? (2025), zapytana o najważniejsze dla siebie słowa wymieniła: starać się, niepomna, nie wiem.
Starać się, staranie – to znaczy wkładanie energii i uważności w wykonanie jakiegoś zadania lub okazanie troski drugiej osobie. To dążenie do zrobienia czegoś jak najlepiej, mimo trudności.
Niepomna – to znaczy świadomie oddalającą coś w niepamięć. Ból, cierpienie, trudności, niepowodzenia.
Nie wiem. Do „nie wiem” trzeba dojrzeć, mówi Maja.
Maja Komorowska jest zawsze tam, gdzie Jej obecność może wesprzeć słabszych, wykluczonych, potrzebujących. Nie milczy, nie jest obojętna. Dba. Pielęgnuje. Zaciekawia się. Dzieli się sobą, dzieli się swoimi oczarowaniami, zachwytami, ukochaną poezją i fotografiami kwitnących bzów. Jej obecność w świecie oparta jest na szacunku – do każdego człowieka, do każdej żyjącej istoty, do przyrody i wszystkiego co nas otacza.
Dziękuję, że mogłam o tym opowiedzieć.
prof. dr hab. Agnieszka Glińska
Wydział Aktorski Akademii Sztuk Teatralnych
im. Stanisława Wyspiańskiego w Krakowie
W pisaniu laudacji korzystałam z cytatów z książki Mai Komorowskiej i Tadeusza Sobolewskiego Pytania, które się nie kończą (Mazowiecki Instytut Kultury, Czuły Barbarzyńca Press, 2014), a także z materiałów z archiwum własnego – zapisków oraz recenzji, którą pisałam w 2023 roku dla PWSFTviT w Łodzi.
Akademia Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego w Krakowie