Zastanawiam się, czy Bolesław Prus, pisząc pod koniec XIX wieku powieść „Lalka”, przypuszczał, że pozostanie ona dziełem wiecznie żywym i – można śmiało rzec – przesłoni inne jego literackie dokonania. Jest owa powieść niewyczerpalnym źródłem tematów maturalnych, na jej podstawie powstał film fabularny oraz serial, co i rusz przypominane w telewizji; obecnie powstają dwie kolejne ekranizacje, a naród dyskutuje, kto będzie lepszym Wokulskim: Dorociński czy Schuchardt.
Co jakiś czas adaptacja dziejów miłości Stanisława i Izabeli trafia także na deski sceniczne. W lutym 2010 roku w Teatrze Muzycznym im. Danuty Baduszkowej w Gdyni odbyła się musicalowa wersja „Lalki”. Rok później została ona bezpośrednio stamtąd transmitowana przez TVP Kultura, która w przedostatni dzień 2025 roku przypomniała musical „Lalka” w reżyserii Wojciecha Kościelniaka.
Doświadczenie Wojciecha Kościelniaka w realizacji spektakli muzycznych jest niebagatelne, także jeśli chodzi o adaptacje dzieł literackich – by wymienić tylko nagradzanych „Chłopów” według Reymonta z Teatru Baduszkowej czy „Mistrza i Małgorzatę” Bułhakowa z Teatru Muzycznego Capitol we Wrocławiu. Sięgając po dzieło Bolesława Prusa, reżyser i adaptator siłą rzeczy musiał dokonać selekcji wątków i postaci – stąd m.in. nieobecność w musicalowej „Lalce” Heleny Stawskiej, prezesowej Zasławskiej czy studentów dokuczających baronowej Krzeszowskiej, która zresztą sama została potraktowana nad wyraz marginalnie. Jest za to dużo lalek – poruszających się jak mechaniczne marionetki, z twarzami przypominającymi kolombiny i pierrotów z komedii dell’arte (w te postaci znakomicie wcielają się członkowie wokalno-tanecznego zespołu gdyńskiego teatru).
Poza nieodwzajemnionym uczuciem Wokulskiego do Łęckiej głównym motywem spektaklu jest pragnienie Stanisława dostania się do wyższej sfery, której przedstawicielką pozostaje wybranka jego uczuć. Jego determinację symbolizuje kilkukrotnie powracająca scena, w której Wokulski wychodzi spod sceny i wspina się po drabinie podwieszonej na teatralnym sztankiecie. Niestety, dla ludzi zajmujących pozycję elitarną pozostanie on na zawsze galanteryjnym kupcem, prostakiem, wariatem i awanturnikiem z dużymi, czerwonymi dłońmi – a także skarbonką, z której, wykorzystując jego dobrotliwość i filantropię, będą czerpać bez skrupułów. „Lalka” Kościelniaka jest więc także opowieścią o odrzuceniu, pogardzie wobec innych i niemożności pokonania – nie z własnej winy – pewnych barier w dążeniu do realizacji ambicji.
Spektakl z Teatru Muzycznego w Gdyni oferuje również wiele ciekawych rozwiązań inscenizacyjnych (choćby wstrząsającą scenę w pociągu). Na uwagę zasługują: scenografia Damiana Styrny, zrywająca z realizmem i wykorzystująca wielofunkcyjne skrzynki; intrygująca choreografia i celowo przerysowany ruch sceniczny (Beata Owczarek i Janusz Skubaczkowski), a także kostiumy Katarzyny Paciorek. Podstawą tej „Lalki” – jak każdego musicalu – jest jednak muzyka. W kompozycjach Piotra Dziubka dominuje swing z lat 30. XX wieku, wzbogacony elementami boogie-woogie. Sprawdza się ona znakomicie nie tylko jako podkład do choreografii, lecz także jako akompaniament do wykonywanych przez artystów songów. Niektóre z nich – jak „Podziękowanie” w wykonaniu Katarzyny Kurdej, duety Izabeli i Starskiego, Wokulskiego i Suzina czy dramatyczne „Trzy kwadranse”, śpiewane przez Rafała Ostrowskiego – wykonane zostały wręcz po mistrzowsku. Kapitalną pracę wykonał również Rafał Dziwisz, autor tekstów piosenek, który musiał wpleść w nie zarówno narrację powieści (m.in. dzieje Wokulskiego), jak i emocje bohaterów.
„Lalka” z Baduszkowej jest dziełem zespołowym – pełnym scen zbiorowych zrealizowanych z dużym rozmachem – co nie oznacza jednak, że brakuje w nim wyrazistych kreacji indywidualnych. Z całą pewnością wykorzystali tę szansę Renia Gosławska jako chłodna, wyrafinowana Izabela oraz Rafał Ostrowski jako uczciwy, prawy człowiek zagubiony w świecie obłudy i pozerstwa. Trudno nie docenić Zbigniewa Sikory w roli dobrotliwego napoleonisty i wiernego druha Wokulskiego – Ignacego Rzeckiego, Andrzeja Śledzia jako nieco karykaturalnego Tomasza Łęckiego czy Tomasza Bacajewskiego w roli cynicznego Kazia Starskiego. Sprawna realizacja telewizyjna Józefa Kowalewskiego sprawiła natomiast, że widz telewizyjny mógł poczuć się współuczestnikiem spektaklu, zarejestrowanego z udziałem i żywymi reakcjami publiczności.