Krystian Lupa mówi o sobie bez żadnych masek. „Jestem popierdolonym człowiekiem totalnie” – rzuca nawet w pewnym momencie, jakby równocześnie się spowiadał i żartował z własnych lęków.
W naszym obszernym wywiadzie opowiada m.in. o sobie:
Paradoks polega na tym, że kiedy jestem „wodzem”, kiedy sytuacja mnie pcha na pierwszy plan, to bardzo szybko czuję się nadużyty. Zaczynam się zamieniać – jak to mówię o sobie – w maszynę do robienia teatru. Maszynę, która wypada ze swojego „wewnętrznego bycia” i całą energię wkłada w produkcję. W działanie. I wtedy tracę dostęp do siebie.
Artyści – również ja – bardzo czynnie braliśmy udział w walce politycznej. I nagle pojawił się zwrot: akcja antyprzemocowa tak wszystkich wystraszyła, że zamiast kontynuować dyskurs, ludzie zaczęli trząść się o własne dupy. Artyści ucichli. Stracili głos obywatelski, głos autorytetu. Pamiętam wywiady, kiedy gazety pytały mnie o kraj, o edukację, o to, co się dzieje w Polsce. I nagle – nic. Cisza. Nikogo to już nie obchodzi. To jest dla mnie kuriozalne.
O swoim spojrzeniu na Jana Klatę:
Z Janem Klatą miałem różnie… Był moim asystentem przy dyplomowym „Platonowie wiśniowym i oliwkowym” w 1996 r. i wyreżyserował (bo takie było zadanie asystentów) finalny akt tak odkrywczo i ryzykownie, a zarazem tak perfekcyjnie, że nie odważyłem się wstawić do jego pracy nawet najmniejszego „profesorskiego przecinka”. Jednak jego późniejsze prace stawały mi się odległe – bardziej radykalne manifesty niż zgłębienia problemu…
Kiedy zobaczyłem jego wczorajszy spektakl – „Termopile polskie” w Teatrze Narodowym – to muszę przyznać, że było to dla mnie coś nowego. Są tam fragmenty – „wyspy”, tak bym to nazwał – które niosą nowy dla mnie potencjał poznawczy, i to zarówno w sensie ludzkim, jak i politycznym. Pojawia się tam syndrom władcy, temat, który Klatę fascynuje jako człowieka i artystę. On ma w sobie ogromną, wręcz organiczną ciekawość mechanizmów władzy: jak ona działa, jak upośledza, jak kusi, jak deformuje relacje. I właśnie w tych momentach – kiedy zagląda w to władcze jądro człowieczeństwa – Klata bywa dla mnie najbardziej interesujący.
O rozpoczętej pracy nad „Boską komedią” Dantego:
Kiedy myślę o „Boskiej komedii”, to na razie jest to tylko rama, pewien tytuł, może pomysł na kolaż, może droga. Na początku roku pojawiło się we mnie coś, co nazwałem roboczo „krajem piekieł”, i to właśnie miało się pojawić na stronie tytułowej mojego „Dziennika kolejnego roku”.
W roku 2025 jestem już w tej przestrzeni, w którą wchodzą Dante i Wergiliusz. Interesuje mnie wyłącznie piękno tamtego świata. Ale nie piękno fabularne, tylko piękno jako podróż przez tajemną kondycję ludzką – przez to wszystko, przez co przechodzi duch, zanim dotrze do światła. Jest w tym coś z idei wstępowania „do opieki”, z tego ruchu, który w symbolicznym sensie prowadzi „trzeciego dnia zmartwychwstał”, choć nie chodzi mi o religijność, tylko o strukturę duchowej wędrówki.
Wciąż nie wiem, czym będzie ta „Boska komedia”, która chciałbym zrealizować. Wiem tylko, że próbuję tam wejść – do tego piekła, do tego miejsca pamięci – zanim w ogóle zdecyduję się znowu otworzyć książkę.
Całość do przeczytania – w poniedziałek 8 grudnia o godz. 6.30.
8 grudnia w Teatrze Telewizji (TVP1 i VOD TVP) również druga część „Wycinki Holzfällen” wg Thomasa Bernharda.