Splata się w ich charakterach wiele archetypicznych, pierwotnych wierzeń: okrutny starotestamentowy Bóg, greckie fatum, ludowa magia oraz pogańskie rytuały oczyszczania ogniem. Śmiałą akcję jednoaktówki (jak na czasy, w których powstawała) Wyspiański umiejscowił na wiejskiej plebanii i jej okolicy w małopolskiej wsi Gręboszów. Klęska suszy spada na wieś, a gdy mieszkańcy doszukują się w niej działań sił transcendentnych – otrzymują przestrogę od Księdza (Arkadiusz Walesiak), że susza może być karą boską za ich grzechy. Tyle że Ksiądz sam nie jest bez grzechu: w związku z gosposią Młodą (Julia Szczepańska) ma dwoje dzieci, co jest od lat wiejską tajemnicą poliszynela.
W oczach wspólnoty pleban stracił już dawno moralny autorytet do bycia duchowym przewodnikiem, ale Anna Augustynowicz ustawia aktora w cynicznej pozycji pokrzykujących głosem współczesnych hierarchów kościelnych – tych, którzy również nie dostrzegają przyczyn pustoszejących świątyń. A sam znak krzyża, pojawiający się w migawkowych projekcjach, reżyserka z Wojciechem Kapelą „serwują” widzom niejako podprogowo, nie chcąc zbytnio prowokować instytucji i donatorów.
Anna Augustynowicz w swym spektaklu za to silnie wypunktowuje sytuację Młodej jako fatum bez wyjścia, niczym girardowskiego kozła ofiarnego, ratującego społeczność w czasie kryzysu. Nakreśla przy tym cechę natury ludzkiej, której nieodłączne właściwości zmuszają człowieka do skorzystania z mechanizmu prześladowczego po to, by podnieść stopień integracji z własną społecznością. Zachowania te dziś wydają się irracjonalne: główną przyczyną ocieplenia klimatu jest przecież działalność człowieka – nie kara boska, wielu także przymyka oko na to, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami plebanii…
W doskonałej kreacji Julii Szczepańskiej w roli Młodej – z początku skrytej i hardej dziewczyny, która z biegiem akcji w oszalałym pędzie zrodzi myśl straszną i obłędną – jest jednak strach opuszczonych przez bliskich kobiet w ciąży, są kobiety uciekające przed wojną, skryte w gruzach swych domów i patrzące z przerażeniem na płomienie. Młoda staje się archetypem bohaterki znanej z teatru antycznego, tragiczką, która potrafi ogarnąć całe zło tego świata.
Ekstremalny strach tkwi także w świadomości urzeczonego patosem Pustelnika (Paweł Kowalski), w zacietrzewionym Sołtysie (gościnnie: Paweł Pabisiak), w Dziewce (gościnnie: Maja Kalbarczyk) i Dzwonniku czy Parobku (Michał Darewski). W postaci z innej rzeczywistości – Matki (Anna Magalska) – reżyserka zastosowała filmowy zabieg „pozbawienia” jej głosu na żywo na rzecz tego z offu, głosu „zza kadru”. Ma się wrażenie, jakby Matka prowadziła tak ważny w dramacie dialog z synem, Księdzem, przez komunikator, choć jest fizycznie obecna na scenie.
Wszystkie role w spektaklu są pełne wewnętrznych konfliktów i emocjonalnych pęknięć, a groza pojawia się również w drobnym geście drżenia ręki Księdza czy kroku Parobka. Atmosferę lęku niezwykle wymownie podkreśla mroczna, industrialna muzyka Jana Marka Kamińskiego, pełna trzasków i wibracji, w którą kompozytor wplótł także chorały gregoriańskie dla podkreślenia religijno-pogańskiej ekstazy gromady.
W spektaklu jednak przede wszystkim króluje słowo, a choć język „Klątwy” z 1899 roku do łatwych nie należy, to na scenie staje się wręcz partyturą. Jest w niej miejsce na pauzę, na puls – rytmiczny i przekątny – na pięknie podany archaiczny tekst i wybrzmienie ostatniej frazy gwarowego monologu. Jest także przestrzeń na oddech, skupienie i „intymny” kontakt aktorów z widzami. Taki teatr, który rozgrywa się w wyobraźni widza jeszcze długo po wyjściu z teatru, nie zdarza się często.
Cieszy, że po kilku latach teatru zmierzającego zbyt mocno w stronę rozrywki toruńska scena dramatyczna powraca do swej niepowierzchownej misji i pamięta o widzach potrzebujących intelektualnej inspiracji. Od premiery przedstawienia „Biblia. Próba” w reżyserii Jerneja Lorenciego w 2021 roku nie było w Teatrze im. Wilama Horzycy słów tak mocno trzymających widzów za gardło.
https://teatr.torun.pl/spektakle/klatwa/