Jesień. Poczekalnia znaczeń
O spektaklu „Jesień” wg powieści Ali Smith w reżyserii Katarzyny Minkowskiej z wrocławskiego Teatru Polskiego w Podziemiu na Warszawskich Spotkaniach Teatralnych pisze Wiesław Kowalski.
Na tegorocznych Warszawskich Spotkaniach Teatralnych jednym z najbardziej oczekiwanych wydarzeń była Jesień w reżyserii Katarzyny Minkowskiej. I choć trudno odmówić temu spektaklowi wizualnej urody, aktorskiego kunsztu i technicznego profesjonalizmu, Jesień to przede wszystkim przedstawienie przytłoczone przez własną formę i rozmyte w ideowej nieokreśloności. W kontekście dotychczasowej pracy Minkowskiej w warszawskich instytucjach — Teatrze Dramatycznym czy TR Warszawa — widać tu powtarzające się słabości, które w tym spektaklu wybrzmiewają najmocniej.
Minkowska od kilku sezonów konsekwentnie buduje swój język reżyserski, oparty na teatralnej maszynerii, dynamicznym montażu scenicznym, rozbudowanej choreografii, performatywnym ruchu i wideoarcie. Już w Moim roku relaksu i odpoczynku można było zauważyć, że estetyka zaczyna dominować nad dramaturgią. W Jesieni ta dominacja osiąga swoje apogeum. Poszczególne obrazy sceniczne — wysmakowane wizualnie, perfekcyjnie zrealizowane, z dbałością o detale — układają się w estetycznie jednolitą całość, pozbawioną jednak wewnętrznego napięcia. Ich związek z tekstem Ali Smith ma często charakter czysto ilustracyjny i nie niesie znaczącej interpretacji.
Długi czas trwania (około 2 godzin i 30 minut bez przerwy), mnogość postaci i wątków, pojawiające się co kilka minut choreografie taneczne grupki studentów AST — pełne fizycznego poświęcenia, ale wątpliwe dramaturgicznie — budują wrażenie estetycznego nadmiaru, który rozmywa przekaz. Brakuje tu zaufania do siły słowa i obecności aktorskiej — niemal każda scena zostaje obudowana muzyką, światłem czy projekcją, co zamiast wzmacniać przekaz, rozprasza uwagę.
Proza Ali Smith jest fragmentaryczna, oparta na niedopowiedzeniu i balansująca między snem, wspomnieniem a realnością. Jej adaptacja wymagałaby wyraźnej decyzji inscenizacyjnej: określenia punktu ciężkości narracji. Tymczasem twórczynie (Katarzyna Minkowska i dramaturżka Joanna Połeć) decydują się na niemal całkowitą wierność literze książki, co skutkuje mnogością zaledwie zarysowanych wątków, które nie mają szansy się rozwinąć. Relacja Elisabeth i Daniela? Postbrexitowy lęk? Wątki artystycznego dojrzewania, queerowej tożsamości, przemian społecznych? Wszystko to pojawia się na scenie — lecz nic nie zostaje dopowiedziane.
Sceny, które mogłyby być naprawdę poruszające — rozmowy Elisabeth z Danielem, groteskowe i błyskotliwe epizody Michała Opalińskiego, subtelne wątki Wendy i jej partnerki — zostają zatopione w formalnym nadmiarze. Emocjonalna głębia zostaje zastąpiona efektownością. Obecność „teatralnej młodzieży” i częste choreografie skutecznie tłumią intymność scen i relacji. Ruch, zamiast być wyrazem napięcia czy znaczenia, staje się formą obowiązkową, tłem, które przysłania pierwszy plan. Forma zaczyna dominować nad treścią nie jako świadomy gest estetyczny, lecz z braku wyrazistego pomysłu inscenizacyjnego.
Spektakl jest bez wątpienia efektowny, lecz pozostaje emocjonalnie nieskuteczny. Reżyserka, próbując uchwycić ducha powieści Smith, traci z oczu jej sens i dramaturgiczne napięcie. Formalna wielowarstwowość nie jest tu błędem samym w sobie — ale brak nadrzędnej myśli artystycznej sprawia, że całość staje się jedynie estetyczną wariacją na temat pustki. W kontekście wcześniejszych warszawskich realizacji Minkowskiej Jesień wydaje się kulminacją pewnej strategii teatralnej — strategii, która coraz wyraźniej domaga się przewartościowania. Jeśli tego nie zrobi, jej teatr pozostanie efektowny — lecz coraz mniej znaczący.
fot. Natalia Kabanow/Teatr Polski w Podziemiu