Dzisiaj Jerzy Antczak obchodzi urodziny. To dobra okazja, by wrócić nie tyle do dat i nagród, ile do doświadczenia spotkania z jego dziełem — spotkania, które dla wielu widzów odbywało się nie w teatralnym foyer, lecz przed ekranem telewizora.
Antczak był jednym z tych twórców, którzy nauczyli Polaków oglądać teatr w medium. Teatr Telewizji w jego wydaniu nie był ani „zapisem spektaklu”, ani filmem udającym scenę. Był osobnym językiem — poważnym, skupionym na aktorze, rytmie słowa i moralnym ciężarze sytuacji. To właśnie tam go poznawałem: w realizacjach, które nie epatowały formalnym efektem, ale zostawały w pamięci jak dobrze przeżyta rozmowa.
„Epilog norymberski” z 1969 roku do dziś pozostaje jednym z najmocniejszych przykładów Teatru Faktu. Antczak potrafił połączyć dokumentalną precyzję z dramaturgią, nie popadając ani w publicystykę, ani w tani patos. Zło w tym spektaklu nie było krzykiem — było konsekwencją. Reżyser ufał słowu, ciszy i aktorom. Ta ufność stanie się znakiem rozpoznawczym jego stylu.
Czechow Antczaka — „Wujaszek Wania”, „Oświadczyny”, „Jubileusz” — to Czechow bez sentymentalnego rozmycia. Reżyser nie bał się śmieszności, drobnych okrucieństw, pęknięć charakterów. Bohaterowie byli tu zawsze „z życia”, a jednocześnie boleśnie świadomi własnych ograniczeń. Antczak rozumiał Czechowa jako autora czasu straconego, niespełnionych obietnic i energii, która nie znajduje ujścia. Kamera Teatru Telewizji tylko ten bezruch pogłębiała.
Z kolei „Radosne dni” Becketta pokazywały inną stronę jego wrażliwości — zdolność do prowadzenia aktora w skrajnie ascetycznej strukturze. Tam, gdzie łatwo popaść w formalny chłód, Antczak szukał człowieka. Beckett u niego nie był intelektualną łamigłówką, lecz doświadczeniem trwania.
Późniejsze realizacje telewizyjne — „Ścieżki chwały” i „Cezar i Pompejusz” — niosły już ciężar podsumowania. Interesowała go władza, odpowiedzialność, konflikt między racją moralną a historyczną koniecznością. Antczak nie był reżyserem efektownych tez. Jego teatr zawsze stawiał pytania, na które nie dawał prostych odpowiedzi.
A jednak dla szerokiej publiczności pozostanie przede wszystkim twórcą filmowym. „Noce i dnie” to nie tylko klasyka polskiego kina, ale też lekcja narracji o codzienności. Antczak potrafił opowiadać o historii przez detale: gest, spojrzenie, rytm domowego życia. W centrum zawsze była relacja — najczęściej miłosna, ale nigdy banalna. Bez Jadwigi Barańskiej ten świat byłby nie do pomyślenia; ich artystyczne partnerstwo stało się jednym z najważniejszych duetów w historii polskiej kultury.
Antczak nie był rewolucjonistą formy. I właśnie dlatego jest tak ważny. W epoce, która często myli nowatorstwo z hałasem, on budował swoje dzieła na rzemiośle, literaturze i zaufaniu do aktora. Uczył, że teatr — także ten telewizyjny — może być miejscem skupienia, refleksji i emocjonalnej prawdy.
Dzisiaj, w dniu jego urodzin, myślę o Jerzym Antczaku jako o twórcy przejścia: między teatrem a filmem, między sceną a kamerą, między prywatnym doświadczeniem widza a wspólnotowym przeżyciem. I myślę z wdzięcznością — bo to właśnie dzięki takim reżyserom wielu z nas nauczyło się patrzeć uważnie i słuchać do końca.