Jan Englert kończy dziś kolejne urodziny. Piszę „kolejne”, choć w przypadku tego artysty wiek od dawna przestał mieć znaczenie. Są przecież aktorzy, którzy z czasem tracą sceniczną energię, i są tacy, którzy dojrzewają razem z repertuarem. Englert należy do tej drugiej, znacznie rzadszej kategorii. Mam wręcz wrażenie, że im starszy staje się jako człowiek i aktor, tym więcej pojawia się w jego rolach prawdy, melancholii i niepokojącej świadomości przemijania.
Przez lata oglądałem go w teatrze, Teatrze Telewizji i na ekranie, obserwując niezwykłą drogę aktora, który nigdy nie pozwolił zamknąć się w jednym emploi. Publiczność długo widziała w nim inteligenta, amanta, człowieka eleganckiego i wewnętrznie uporządkowanego. Tymczasem Englert najciekawszy bywał właśnie wtedy, gdy ten porządek pękał.
Pamiętam jego Vatzlava u Kazimierza Dejmka — rolę podszytą groteską i absurdem, ale zarazem boleśnie ludzką. Englert miał wtedy w sobie coś z człowieka wrzuconego w świat, którego zasad nie rozumie, choć rozpaczliwie próbuje zachować godność. Podobne odczucie wracało później w „Kontrakcie” i „Portrecie” Mrożka. Mało który aktor potrafił mówić Mrożkiem tak precyzyjnie: bez publicystycznego nadęcia, bez dopowiadania sensów. Englert zawsze ufał tekstowi. Wiedział, że inteligencja widza nie potrzebuje aktorskiej demonstracji.
A przecież równie przekonujący był w Fredrze. Jego Gustaw ze „Ślubów panieńskich” pozostaje dla mnie jedną z najpiękniejszych fredrowskich kreacji, jakie widziałem. Nie dlatego, że był wyłącznie elegancki czy dowcipny. Englert grał Gustawa lekko, ale pod tą lekkością kryła się świadomość samotności człowieka, który ironią osłania własną wrażliwość. To właśnie odróżniało go od wielu aktorów jego pokolenia — nigdy nie grał powierzchni emocji.
Z biegiem lat coraz bardziej fascynowały mnie jego role „ciemne”. Eugeniusz w „Tangu” Jerzego Jarockiego był przecież kimś więcej niż groteskowym starcem. Englert pokazywał człowieka zmęczonego historią, kulturą i własną bezradnością wobec świata, który rozpadł się moralnie i intelektualnie. Jeszcze mocniej wybrzmiało to w „Duszyczce” Jerzego Grzegorzewskiego. Tam aktor zdawał się właściwie nie grać — raczej istnieć na scenie. Cichy, kruchy, pogodzony z własnym losem, a jednocześnie wewnętrznie rozedrgany. To była jedna z tych ról, których się nie zapomina, bo dotykają czegoś bardzo osobistego także w widzu.
Nigdy nie zapomnę również jego roli w “Garderobianym”. Englert stworzył tam przejmujący portret starego aktora żyjącego już właściwie wyłącznie teatrem. Bez sceny ten człowiek przestawał istnieć. W jego spojrzeniu było wszystko: pycha artysty, śmieszność starości, samotność i paniczny lęk przed końcem. To jedna z tych kreacji, przy których widz nagle rozumie, czym naprawdę jest zawód aktora — nieustanną walką z przemijaniem.
Kiedy oglądałem go niedawno jako Leara, miałem poczucie dziwnego domknięcia pewnej drogi. Dawny amant polskiego kina i teatru stanął na scenie już nie jako symbol inteligencji czy męskiej elegancji, ale jako człowiek rozbrojony przez czas. Englert nie grał Leara monumentalnie. Nie budował szekspirowskiego pomnika. Był raczej starym ojcem rozpaczliwie próbującym zrozumieć własne błędy. I może właśnie dlatego ten Lear okazał się tak bolesny.
Osobne miejsce w artystycznej biografii Jana Englerta zajmuje jego działalność reżyserska i pedagogiczna. W jego przedstawieniach zawsze fascynowała mnie dyscyplina myślenia. Nawet wtedy, gdy inscenizował romantyków czy Witkacego, nigdy nie uciekał w efekciarstwo. Interesował go aktor, słowo, sens ukryty między zdaniami. W czasach teatru coraz częściej krzyczącego obrazem Englert pozostał wierny rozmowie z widzem.
I może właśnie dlatego jest dziś artystą tak potrzebnym. Reprezentuje pokolenie twórców, dla których teatr pozostawał przestrzenią odpowiedzialności za słowo, myśl i emocję. Potrafił być gwiazdą, ale nigdy nie stał się celebrytą. Potrafił być dyrektorem, nie tracąc wrażliwości aktora. Potrafił być pedagogiem, nie zamieniając się w pomnik własnego autorytetu.
Dziś, kiedy Jan Englert obchodzi urodziny, myślę przede wszystkim o wdzięczności. Za role, które zostają w pamięci na całe lata. Za teatr inteligentny, nieufny wobec łatwych emocji. Za artystę, który przez dekady uczył, że wielkie aktorstwo nie polega na tym, by być głośniejszym od innych, lecz by mówić prawdę ciszej i mądrzej.