Komizm wynika tu przede wszystkim z sytuacji. Najlepiej widać to w scenie „Nordyckie noce” – wieczoru z hasłem przewodnim. Postaci wchodzą w przebraniach: wikinga, narciarza, łosia i jeszcze jednej figury, której nie warto zdradzać, bo to najlepszy numer tego odcinka. Kostiumy są dowcipne same w sobie, ale jeszcze śmieszniejsze jest to, jak są używane: jak szybko bohaterowie zmieniają role, jak się w tym gubią i jak usiłują zachować powagę. Widz śledzi tę sekwencję jak mechanizm, w którym absurd załatwia wszystko, bo jest rozgrywany do końca, bez hamulców.
Hussakowski zaryzykował, angażując młodych aktorów – ale to ryzyko się opłaciło. Aurora Lipartowska, Kacper Męcka (gościnnie), Tomek Ostach (gościnnie) i Joanna Osyda doskonale wiedzą, że biorą udział w komedii przewrotnej, w której postać jest funkcją sytuacji, a nie odwrotnie.
Mieszkanie zaprojektowane przez Annę Oramus zostało pomyślane tak, by można je było stopniowo dekonstruować. Drobne przesunięcia elementów, znienacka pojawiające się przedmioty budują poczucie nieadekwatności. To przestrzeń, która traci stabilność razem z bohaterami.
Muzyka wybrzmiewa, zanika, powraca, urywa się – i dopiero w finale zostaje doprowadzona do formy domkniętej, jako kołysanka śpiewana dla widzów. Jej tekst przypomina o umowności tej historii: „Czy to bajka, czy to dramat”, i zostawia nas z prostą informacją – teatr jest umowny. I dokładnie na tym opiera się siła tego przedstawienia.
Porządek nie wraca. Teatr jedzie dalej siłą rozpędu.
Jan Hussakowski wykorzystuje absurd nie po to, by widza oswoić, lecz by sprawdzić, jak długo da się jeszcze udawać, że świat jest spójny. A kiedy już się nie da – zostaje łoś. I to wcale nie jest najmniej sensowna odpowiedź.
https://teatropole.pl/spektakle/konsternacja/