„Very, Very Happy End” w Teatrze Powszechnym obiecuje jedno: będzie wesoło, będzie szczęśliwie, a wszyscy wyjdziemy z teatru uśmiechnięci. I właśnie tu zaczyna się problem. Nie każdy chce, żeby szczęście było podawane na tacy, w dużej dawce, w formie teatralnego fast foodu. Spektakl próbuje zmieścić wszystko: absurd, komedię, muzykę, taniec, popisy aktorskie, popisy ulicznych tancerzy, piosenki, karaoke korporacyjne i koniki na kijach. Efekt? Chaos, który czasem bawi, czasem przeraża – bo trudno zdecydować, czy śmiać się z wydarzeń na scenie, czy raczej z samego siebie, że tu siedzimy.
Fabuła – jeśli można tak nazwać tę serię scen – próbuje połączyć dwa światy: fanów jazdy na konikach i pracowników korporacji świętujących zakończenie roku finansowego. Pomysł może brzmieć komicznie, lecz w praktyce wygląda jak sylwestrowe spotkanie, na które każdy przyszedł pod inny adres i nie do końca wie, co ma robić. Dyrektor teatru, grany przez Michała Czachora, jest postacią centralną tylko z nazwy – równie dobrze mógłby istnieć w alternatywnym spektaklu. Jego próby opanowania sytuacji pokazują, że chaos sceniczny jest autentyczny, a nie tylko wyreżyserowany.
Muzyka i piosenki – niepozbawione drobnych potknięć intonacyjnych, które, co zaskakujące, zdarzyły się nawet Karolinie Adamczyk – choć wykonywane z energią, w tym kontekście przypominają dekoracje przypadkowej imprezy. „Forever Young”, „SOS”, „Konik na biegunach” – wszystkie znane i lubiane, a jednak wplecione w spektakl w sposób sprawiający, że brzmią bardziej jak playlista DJ-a niż narracyjne narzędzie. Pojawiają się również utwory mniej znane, które mogłyby dodać dramaturgii, gdyby zostały odpowiednio wprowadzone. Tutaj natomiast funkcjonują raczej jako przerywniki w ogromnej sylwestrowej kakofonii.
Kostiumy Konrada Parola i scenografia robią wrażenie, ale momentami zdają się opowiadać własną historię – bo fabuła ewidentnie nie nadąża. Scenografia błyszczy, a aktorzy próbują w tym błysku znaleźć sens działań postaci. Choreografia Bartosza Figurskiego wygląda jak lekcja street dance’u w teatrze, który zapomniał, po co w ogóle wynajęto scenę.
Największą ironią spektaklu jest wymuszony happy end. Reżyserka Karolina Adamczyk twierdzi, że szczęśliwe zakończenie w czasach apokalipsy to akt awangardy – w praktyce jednak wygląda jak punkt do odhaczenia. W finale jest kolorowo, głośno i wszyscy tańczą, ale brakuje przekonania, że to naprawdę szczęście. To raczej teatralna iluzja, uśmiech wymuszony kontraktem między sceną a widzem – jak uśmiech na grupowym zdjęciu w pracy, gdy nikt nie czuje prawdziwej radości.
Aktorzy robią, co mogą. Michał Czachor jako dyrektor jest jedynym elementem, który choć częściowo nadaje całości rytm i sens. Michał Jarmicki swoim wykonaniem „Tango Warszawo” Stanisława Sojki przewyższa oczekiwania – spokojnie, z dystansem i uwagą, wprowadzając chwilę prawdziwej refleksji w tym huraganie absurdów. Klara Bielawka może podobać się w scenach hippicznych, ale nawet jej talent nie jest w stanie całkowicie ujarzmić chaosu przedstawienia. Artem Manuilov w popisach street dance’owych wprawia widza w osłupienie – efektownie, acz momentami męcząco dla oczu i wyobraźni.
Rewia piosenek i scen absurdalnych, które miały być zabawne, czasem staje się bardziej komentarzem do samej formy niż do treści. To spektakl, który zamiast opowiadać historię, ogląda sam siebie i liczy na to, że widzowie też się w tym odbiciu odnajdą. Niekiedy humor jest wyrafinowany i celny, częściej jednak nachalny i nieco wymuszony. „Very, Very Happy End” wygląda jak sylwestrowy produkt teatralny: głośny, kolorowy, pełen fajerwerków, ale zdecydowanie pozostawiający niedosyt narracyjny.
To spektakl dla widzów, którzy lubią teatr grający sam ze sobą, balansujący na granicy absurdu i głośno deklarujący „happy end!”, by jednocześnie ironicznie podważać jego sens. Pozornie efektowny, pełen energii i kolorów, w gruncie rzeczy pozostaje chaotyczny i nie do końca spójny. Sylwestrowa zabawa zbudowana z tańca, muzyki i piosenek proponuje raczej ideę szczęśliwego zakończenia niż realne przeżycie — świadomie głośne, autoironiczne i flirtujące z własną teatralną próżnością.
https://powszechny.com/pl/spektakle/very-very-happy-end