Guilty pleasure
O spektaklu „Sceny z życia małżeńskiego” Małgorzaty Maciejewskiej w reż. Katarzyny Minkowskiej w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie pisze Piotr Gaszczyński.
fot. HaWa / Narodowy Stary Teatr w Krakowie
O spektaklu „Sceny z życia małżeńskiego” Małgorzaty Maciejewskiej w reż. Katarzyny Minkowskiej w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie pisze Piotr Gaszczyński.
fot. HaWa / Narodowy Stary Teatr w Krakowie
„Sceny z życia małżeńskiego” w Starym Teatrze to spektakl uszyty na miarę narodowej sceny – takiej, jaką chcieliby ją widzieć ci, którzy lubują się w klasycznych rozwiązaniach i bezpiecznych ścieżkach interpretacyjnych. Przedstawienie jest świetnie zagrane, z ciekawą scenografią i intrygującą muzyką. Wszystko pięknie, wszystko ładnie – można być ukontentowanym, a nawet pomyśleć, czy nie kupić biletu na „Sceny…” rodzicom lub dziadkom. No i super – ale od Starego oczekujemy jednak czegoś więcej niż mieszczańskiej zachowawczości. Zwłaszcza że przecież przy Jagiellońskiej i Starowiślnej nigdy nie bano się zadawać trudnych pytań. Obyczajówka, nawet najpiękniej opakowana, dalej będzie po prostu obyczajówką.
Bergmanowskie „Sceny z życia małżeńskiego” mają pół wieku. Ich powstanie przypadło na okres przemian obyczajowych lat 70., z miejsca stając się ważnym głosem – punktem odniesienia dla ówczesnego skandynawskiego społeczeństwa. Sam mistrz Ingmar miał na koncie cztery rozwody, więc co nieco o związkach – a przede wszystkim o ich rozpadzie – wiedział.
Anno Domini 2025 duet Minkowska (reżyseria) & Maciejewska (tekst, przepisanie „Scen…” na nowo) proponuje widzom symultaniczną analizę związku na jego trzech etapach: zalążku (Natalia Kaja Chmielewska i Łukasz Szczepanowski), pełnego funkcjonowania (Magda Grąziowska i Szymon Czacki) oraz rozkładu (Juliusz Chrząstowski i Anna Radwan).
Każda z trzech scenicznych par dysponuje innym wachlarzem emocji, słów i gestów. Najbliższa widowni, bo trafiająca do najszerszej publiczności, jest relacja środkowa – związek z kilkunastoletnim stażem, w którym to, co niewypowiedziane, mówi więcej niż niejedna kłótnia. Absolutną perłą w tym kontekście jest rola Magdy Grąziowskiej, której postać prezentuje pełny wachlarz skrajnie różnych emocji, wybijających się zupełnie poza jakąkolwiek skalę.
Z kolei najstarsza wersja Marianne i Johana budzi w widzu ambiwalentne uczucia – od współczucia po gniew. Gdy ogląda się toksyczną relację zatopioną w kilkudziesięcioletniej formalinie, trudno nie zadać sobie pytania: jak można tkwić w takim układzie? To, że w ogóle się nad tym zastanawiamy i nie mamy jednoznacznej odpowiedzi, to oczywiście zasługa aktorskich filarów Starego (sceny zaburzonego chorobą Johana – majstersztyk), dla których wodzenie widza za nos jest chlebem powszednim.
Dla trudnych, bolesnych relacji międzyludzkich przeciwwagą staje się ekscentryczna para, którą tworzą Peter (Michał Majnicz) i Katarina (Ewa Kaim). Odnoszący sukcesy reżyser i niespełniona aktorka, przyjaźniący się z Marianne i Johanem, będąc na drugim biegunie myślenia o związkach (żyją w trójkącie z niejakim Tedem), tworzą po trochu satyrę na celebrycki świat, a po trochu stają się liberalną przeciwwagą dla – bądź co bądź konserwatywnych – relacji głównych bohaterów. Finalnie ich frywolny sposób na życie okaże się równie kruchy, jak układy pozostałych postaci.
Dlaczego zatem niedosyt? Bo mamy świetnie zagrany, pełen emocji spektakl, w którego niuansach każdy odnajdzie jakieś odbicie własnego związku / związków. Jednocześnie ogląda się go bardzo „przyjemnie” – i w tym kontekście to wcale nie jest dobre słowo. Może akurat to dzieło Bergmana jest dziś po prostu takimi Trudnymi sprawami premium? Pół wieku (powtarzam: pół wieku!) to naprawdę dystans, który prosi się o większe uwspółcześnienie niż Marianne jako psycholożka-instagramerka. Problemy rozwiązywane na kozetce? Dawno przeanalizowane przez komedie Allena.
Może wydać się to komuś zaskakujące, ale dzisiejsi Polacy, ich sposób patrzenia na związki, strategie rozwiązywania konfliktów i pielęgnowania relacji, odrobinę różnią się od Szwedów sprzed 50 lat. Powtórzę: świetnie się to ogląda, ale równie dobrze ogląda mi się po raz tysięczny Fronczewskiego mówiącego: Proszę Państwa, to jest profesor Rafał Wilczur! Takie małe guilty pleasure.
fot. HaWa / Narodowy Stary Teatr w Krakowie