Gombrowiczowskie gęby, przed którymi uciekamy
O spektaklu „Ślub” Witolda Gombrowicza w reżyserii w reżyserii Piotra Tomaszuka w Teatrze Wierszalin w Supraślu pisze Anna Czajkowska.
Czy gombrowiczowska dyskusja z polskością i polską formą nie stała się anachroniczną i może jeszcze intrygować, prowokować do refleksji? Przecież polskość peszy, manieruje, a jednak nie odpuszcza. Zadumanie nad własnym „ja”, ucieczka przed narzucającą rolą społeczeństwa i kultury, pytania o ludzką tożsamość, gra pozorów i przywdziewanie masek wcale nie stały się „nudnawą klasyką”, wręcz zyskują świeżość i nic dziwnego, że Gombrowicz wciąż inspiruje, kusi reżyserów. Nasz znakomity pisarz swój drugi utwór sceniczny, czyli „Ślub”, stworzył w 1946 roku w trakcie pobytu w Argentynie. To zmyślny dramat formy, ale nie tylko – groteskowa forma i pozorny błazeński ton ukrywają poważne, egzystencjalne pytania. I właśnie takim jawi się w najnowszej adaptacji Piotra Tomaszuka w Teatrze Wierszalin. Czujny na otaczającą rzeczywistość reżyser perfekcyjnie wprowadza nas w labirynt między formami, jakże gęstymi od emocji i wielowarstwowych znaczeń. Oniryczną formę sztuki dostosowuje do potrzeb i możliwości konkretnej, Wierszalińskiej sceny, nie rezygnując z obecnych w „Ślubie” krytycznych nawiązań do Szekspira i Calderona oraz teatru romantycznego. Spektakl ma nieodparty urok i smak „eleganckiej prostoty”, za którą tak cenią Teatr Wierszalin wierni widzowie, coraz liczniej przybywający do Supraśla.
Sam Gombrowicz tak pisał o akcji dramatu: “„Ślub” jest snem. Snem Henryka, żołnierza polskiego podczas ostatniej wojny, gdzieś we Francji, w wojsku francuskim, walczącym z Niemcami”. Pogłębiona, niezwykle wierna Gombrowiczowi lektura jego dramatu pozwala Tomaszukowi na analizę i czytelne przedstawienie gier międzyludzkich, ideologii, toksyczności rodzin, wojny, które rozrastają się do szalonych, irracjonalnych rozmiarów. Wydarzenia, które przedstawia autor w swym genialnym utworze, dzieją się między jawą a snem – to mary i majaki ujęte w karby wielkiej metafory i psychologicznego dramatu, w symbole zakorzenione w romantycznych tradycjach. Henryś wraz z przyjacielem Władziem wraca do rodzinnego domu, który – po spaleniu – matka i ojciec Henryka zamienili w karczmę. Jego narzeczona Mania jest służącą, dziewką do wszelakich posług. Choć postaci dramatu – wymienione i inne – są jedynie wytworem wyobraźni bohatera (a może nie?), mają one na niego wpływ, wymagają udziału w grze narzucanej przez nową sytuację i reakcje otoczenia, swoistej zabawie, która wymaga od Henryka określonych odpowiedzi, reakcji, sposobów zachowywania się. Henryk jest tu niewolnikiem, uwiezionym w zewnętrznym świecie, który go stwarza, ale i on zdaje się sprawować nad innymi kontrolę. Wszystko to miesza się, deformuje, znika i pojawia na nowo. Jak odczytać gesty, słowa pozornie bez znaczenia i jak wielka jest ich moc sprawcza? To daje do myślenia, wybija ze strefy komfortu, nie pozwalając nawet na chwilę bezrefleksyjnego wpatrywania się w scenę. Cóż z tego, że na widowni są teraz miękkie fotele, zamiast mniej wygodnych krzesełek? Gombrowicz śmieszy i… boli. Ma boleć!! „Czym całe życie? Szaleństwem! Czym życie? Iluzji tłem, snem cieniów, nicości dnem” – pisał Pedro Calderon de la Barca w „La vida es sueňo”. A jednak pospolitość, realność się wdziera, skrzeczy i krzyczy – jak osoba Pijaka w dramacie. Tomaszuk, a wraz z nim aktorzy, bawi się różnymi stylami inscenizacyjnymi, arcydowcipną, czystą teatralnością. Ze sceny emanuje szczerość i wiara autora w swoje własne dzieło, choć napuszona nieco elokwencja kreatora rzeczywistości, który chce rządzić i dominować może ukłuć… . Reżyser podkreśla niesamowite, inteligentne poczucie humoru, obecne w tej miniaturze współczesnego świata, społeczeństwa, w którym jedne wartości umierają, a inne niekoniecznie się rodzą… . W spektaklu jest wszystko, do czego przyzwyczaił widza Tomaszuk – cała stylistyka i poetyka, która silnie działa na wyobraźnię, emanuje zmysłowością. Jedna scena płynnie przechodzi w drugą, zmieniają się obrazy, niosąc mnóstwo odniesień, skojarzeń. W szalonym, niby tanecznym pędzie przemieszczają się postaci, zmieniają stroje, maski i toczą się korowody. Wszystko ma znaczenie, każdy szczegół, dzięki czemu wyraźnie widać Gombrowiczowskie gęby, przed którymi uciekamy tylko w inne gęby. Tomaszuk przywołuje współczesne konteksty, odwołuje się aktualnych wojennych działań, do sposobu życia młodego pokolenia, wychowanego niemal „w sieci”, zapatrzonego w media, nieświadomego własnej tożsamości. Jednocześnie nie pozwala nikomu zapomnieć o tym, iż jesteśmy w teatrze, w środku pewnej fikcji, która przez bez mała dwie godziny wydała się prawdziwą. Na tym polega magia. A wszystko to wypowiedziane z humorem i dystansem, dodatkowo zabarwione cierpkim sarkazmem.
Znakomicie zinterpretowany tekst i smakowita autoironia zostają odpowiednio wyeksponowane przez doskonałych aktorów. Kluczem do sukcesu – oprócz pomysłowej, dopracowanej reżyserii – są świetnie obsadzone, poszczególne role. Zachwyca ekstatyczne niemal aktorstwo, ale dobrze oswojone. Słowa Gombrowicza rosną na oczach widzów i pozostają podstawowym środkiem wyrazu w spektaklu, choć gest, taniec, pozy też mają znaczenie. Rafał Gąsowski jako Henryk bryluje. Jego osobowość wpływa na grę, która bierze widza w posiadanie, główny ciężar kładąc na tej postaci. Gąsowski mami i potęguje opisane przez Gombrowicza w „Ślubie” zdarzenia i okrucieństwa, mozolne poszukiwanie własnego, niezależnego „ja”, paralelne do sytuacji ogólnoludzkiej i historycznej. Aktor potrafi grać zarówno mocno, jak i subtelnie, z delikatnością. Mimiką, ruchem dłoni, nawet krokiem. Z wytrawnością mima i aktora buduje pomału swoją postać. Bolesne traumy, przeszłość, której pełna jest głowa bohatera, nie pozwalają mu na powrót do rzeczywistości, a gdy staje się królem, zatraca się w swej bezkarności wierząc, że zaprowadzi nowy porządek. I czy ta jego droga do wolności prowadzi do jakiegoś celu? A innych? Kolejna znakomita rola to Matka Magdaleny Dąbrowskiej. O prawdziwej matce autora tak mówiła córka kucharki z majątku Gombrowiczów w Małoszycach: „Z Bodzechowa rodem, Kotkowszczanka z domu, a Kotkowskie mieli tutaj opinię zgłupkowanych” . Pobrzmiewa ten ton w inscenizacji Tomaszuka – tu Henryś staje się ofiarą i czułości, i drapieżnej dominacji rodzicielki. Postać Katarzyny – Matki i Królowej tworzy Magdalena Dąbrowska ze skutecznych metamorfoz i ostrej ironii. Dąbrowska z niezwykłą lekkością i naturalnością wprowadza komizm do swej gry, dodając smaku swej kreacji. Jej etiudy, zagrane wspólnie z Dariuszem Matysem, to po prostu majstersztyk. Dariusz Matys niezwykle dobrze czuje się w roli Ignacego, czyli Ojca oraz Króla i kolejny raz udowadnia, iż jego możliwości aktorskie zawsze były szerokie. Styl aktora pozostaje daleki od pospolitości, a jednak swobodny. Matys jest zabawny, czasem patriarchalny i przerażający, zmienny jak kameleon. Sceny z muchą są przepyszne, przepychanki z synem również, a komizm bliski tragifarsie odpowiednio dozowany. Obok „rodziny” – pozornych gigantów, ale nie w ich cieniu, pozostaje Monika Kwiatkowska jako Pijak, który tryska energią, śmieszy i przeraża. Cała maskarada, błazeństwo, absurd koncentrują się w tej znakomicie odegranej postaci – w kilku scenach prawie całą uwagę skupia na sobie. Jej Pijak wie czego chce, zna swą moc, siłę strasznego, obdarzonego wielką mocą „palica”, którym można każdego dotknąć.
Role drugoplanowe są w tym przedstawieniu wielce istotne i nasycone znaczeniami. Katarzyna Ogrodniczak – milcząca, ale jakże tragiczna Mania, ma w sobie intrygującą wieloznaczność, niełatwą do interpretacji. Patrząc na jej bohaterkę, nietrudno zgodzić się z twierdzeniem: ubogi na zawsze pozostanie ubogim, nic nie znaczącym pionkiem. Od dawien dawna majątek, pozycja decydują o wartości człowieka, uzależniają go od innych, narażają na „zbrukanie”. Dziś jest tak samo. Bartłomiej Bazyluk jako alter ego Henryka – Władzio, jego szczery, wierny przyjaciel to pięknie wykreowana postać. Wzruszająca, bolesna i przygnębiająca scena (pod koniec przedstawienia) z jego udziałem robi duże wrażenie. Obok Władzia pojawia się jeszcze szereg innych postaci, ale granych przez ten sam zespół aktorów. W pamięci pozostaje Urszula Raczkowska i Magdalena Czajkowska – bez nich obraz sceniczny i „Ślub” byłby niepełny. Tak samo jak bez stylizowanej, eklektycznej muzyki, wykonywanej na żywo przez Adriana Jakucia-Łukaszewicza. Rytm i odpowiednie tempo nadaje dodatkowo ruch sceniczny i choreografia autorstwa Bartosza Zyśki. Wszystko to współgra z pomysłową jak zwykle scenografią Mateusza Kasprzaka. Plastyczną, obfitującą w szczegóły, konieczne drobiazgi z naturalnych materiałów, które spajają się subtelnie z dramaturgią całości, podkreślając falujące napięcie.
Znakomity tekst Gombrowicza nie zanika pod ciężarem teatralności, a delikatne, szydercze niuanse, gęstość znaczeń, mnogość niuansów oraz poetyckość konstytuują się w niej na nowo. Autor wraz z reżyserem stawia przed aktorami bardzo trudne zadanie, które oni wypełniają niemal doskonale, z wyczuciem i wnikliwością. Teatr Wierszalin pozostaje niezawodny… .
fot. Magdalena Rybij