Każdy z nas – miłośników teatru – ma w swoim życiu moment inicjacji. Mój przyszedł przez ekran telewizora. Teatr Telewizji – okno na świat sceny, świątynia, do której dostęp dawał pilot lub – wcześniej – ruch pokrętła. W tej świątyni po raz pierwszy zobaczyłem Petrukia w Poskromieniu złośnicy, w reżyserii Zygmunta Hübnera. Energiczny, zaczepny, błyskotliwy – Tadeusz Łomnicki nie grał Petrukia. On nim był.
A potem Horodniczy u Jerzego Gruzy – groteskowy, ale też przerażająco bliski. I wreszcie Molier, czyli Zmowa świętoszków Bułhakowa – Łomnicki jako artysta bezbronny wobec systemu, uwięziony we własnej masce. Trzy role, trzy opowieści, a za nimi jeden niepowtarzalny głos. I ta obecność, która przekraczała ramy telewizora. To był teatr, który oddychał.
Dopiero w latach 80., już dojrzalszy, zobaczyłem go na scenie – i ten moment zapamiętam do końca życia. Ostatnia taśma Becketta w reżyserii Antoniego Libery, Teatr Studio. Minimalizm, cisza, samotność. I Łomnicki – Krapp. Starzejący się człowiek, rozmawiający z nagranym sobą sprzed lat. Niby prosta metafora, a w jego wykonaniu – rozdzierająca. Po spektaklu nie mogłem wstać z fotela. Byłem świadkiem nie gry, ale spowiedzi.
Potem był Ja, Feuerbach – spektakl, który sam wyreżyserował i w którym zagrał aktora walczącego o powrót na scenę. To była już nie tylko rola. To była rozmowa o sensie zawodu, o odrzuceniu, o pamięci. Przejmująco prawdziwa.
A przecież był jeszcze Komediant Bernharda, Bruscon – mistrz tragikomedii, egocentryk, desperat. Łomnicki stworzył postać śmieszną i tragiczną jednocześnie. Patrząc na niego, miałem wrażenie, że gra nie tylko Bruscona, ale cały teatr – z jego blaskami, cieniami, absurdami.
Spotkałem go raz, w Bydgoszczy. Przyjechał do Resursy Artystycznej z jednoosobowym spektaklem z monologami prozy Sienkiewicza. Spodziewałem się szkolnej deklamacji, a zobaczyłem błyskotliwy popis, z dystansem, ironią, a jednocześnie z wewnętrznym ogniem. Po spektaklu podszedłem. Porozmawialiśmy chwilę. Nie mówił „o sobie”, nie grał. Był skupiony, uprzejmy, obecny. Czuło się, że rozmawia człowiek całkowicie zanurzony w teatrze. Ale nie zadufany. Raczej – uważny.
Tadeusz Łomnicki był zjawiskiem. I był paradoksem. Obdarzony olbrzymim talentem, który onieśmielał kolegów i mistrzów. A jednocześnie pełen niepokoju, wewnętrznego rozedrgania. Bywał niewygodny, kontrowersyjny, niezrozumiany. Ale nigdy – przeciętny. I nigdy – obojętny.
Nie za tytuły, które nosił, i nie za mundur Wołodyjowskiego, który kiedyś włożył, pamiętamy go dziś. Ale za to, co zostawało z nami długo po wyjściu z teatru – spojrzenie, gest, milczenie, które mówiło więcej niż tysiąc słów.
W polskim teatrze XX wieku były nazwiska wielkie. Ale tylko niektóre były konieczne. Łomnicki był konieczny. Jak powietrze dla sceny. Jak opór dla roli.
Dopóki na scenie słychać echo jego monologu – choćby tylko w naszej pamięci – on wciąż gra. I zawsze będzie grał.
Tekst dedykuję wszystkim, którzy zobaczyli go raz – i nigdy nie zapomnieli.
absolwent Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Słupsku oraz Studia Wokalno-Aktorskiego Danuty Baduszkowej przy Teatrze Muzycznym w Gdyni. Współpracował z wieloma teatrami w Polsce, m.in. Teatrem Polskim w Bydgoszczy. Ma na swoim koncie ponad 60 ról teatralnych. Od roku 2001 zajmuje się krytyką teatralną.