Są reżyserzy, którzy zapisują się w historii teatru inscenizacją. Są tacy, których pamięta się przez aktorów. I są wreszcie tacy – rzadszy gatunek – którzy zapisują się sposobem myślenia o rozmowie. Do tych ostatnich należy Feliks Falk.
Dokładnie za miesiąc będzie obchodził urodziny twórca, którego nazwisko w powszechnej świadomości funkcjonuje przede wszystkim dzięki filmom – Wodzirej, Szansa, Był jazz. Dla mnie jednak, jako człowieka teatru, Falk pozostaje kimś innym: konsekwentnym anatomem dialogu, reżyserem, który przez dekady badał napięcie między tym, co się mówi, a tym, co naprawdę jest stawką rozmowy.
Nie ukrywam – jego teatr sceniczny znam fragmentarycznie, bardziej z dokumentów niż z przeżyć. Ale Teatr Telewizji i dramat telewizyjny w jego wydaniu to przestrzeń, w której Falk mówił własnym, rozpoznawalnym głosem. Głosem pozornie cichym, niemal ascetycznym, a jednak bezlitośnie precyzyjnym.
Havelowskie Audiencja i Protest, Klub Williamsona, Ryszard III – to nie były spektakle „do oglądania”. To były spektakle do słuchania. Falk zawsze ufał słowu. Ale nie jako literze – raczej jako polu walki. Jego bohaterowie rzadko prowadzą dialog; oni się sondują, testują, obnażają, czasem przypadkiem zdradzają. Kamera Teatru Telewizji tylko to potęgowała: najmniejszy gest, pauza, przesunięcie akcentu stawały się wydarzeniem.
W teatrze Falk nigdy nie był efektowny. I bardzo dobrze. Jego reżyseria polegała na odejmowaniu – scenografii, gestu, metafory – aż zostawała relacja. W tym sensie bliżej mu było do teatru moralnego niepokoju niż do teatru formy, choć operował zupełnie innymi narzędziami niż Wajda czy Jarocki. Tam, gdzie oni budowali panoramę epoki, Falk wchodził w mikroskopijny konflikt: rozmowę dwóch ludzi w pokoju, w urzędzie, w miejscu pracy.
Z perspektywy dzisiejszej jego realizacje uderzają aktualnością. Falk od dawna opowiadał o świecie, w którym język przestaje być narzędziem porozumienia, a staje się instrumentem władzy, presji, manipulacji. O świecie, w którym rozmowa nie prowadzi do zgody, lecz do demaskacji. Trudno nie odnieść wrażenia, że był o kilka dekad przed nami.
Jako teatralny recenzent myślę dziś o Feliksie Falku z pewną czułością. To twórca, który nie zabiegał o miano „wielkiego reformatora teatru”, a jednak konsekwentnie budował własną, etyczną linię reżyserską. Bez krzyku. Bez manifestów. Bez teatralnego narcyzmu.
Może dlatego jego teatr nie zawsze krzyczał z afiszy, ale za to długo zostawał w głowie. A czasem – co w teatrze najcenniejsze – zostawał w sumieniu.
W dniu jego zbliżających się urodzin warto o tym przypomnieć. Nie tylko jako o reżyserze filmowym, nie tylko jako o klasyku Teatru Telewizji, ale jako o artyście, który przez całe życie uczył nas jednej rzeczy: że rozmowa to dramat najwyższej próby.
I że teatr – nawet ten najskromniejszy – zaczyna się tam, gdzie ktoś ma odwagę mówić, a ktoś inny ma odwagę słuchać.
Wydawnictwo Lira