Erynie schodzą ze sceny
O „Orestei” w reżyserii Luka Percevala w Teatrze Narodowym pisze Lena Kuran.
Fot. Mariia Shulga
O „Orestei” w reżyserii Luka Percevala w Teatrze Narodowym pisze Lena Kuran.
Fot. Mariia Shulga
Mężczyzna pochodzący z rodziny naznaczonej brato- i ojcobójstwami składa córkę w ofierze, aby móc wyruszyć na wojnę. Gdy po latach powraca do domu zwycięski, jego żona wraz z kochankiem wymierza mu śmiertelny cios w zemście za zabicie ich dziecka. Po latach sama ginie z ręki syna szukającego pomsty. Najnowsza premiera Teatru Narodowego stanowi szukanie odpowiedzi na pytanie, czy można próbować zatrzymać tak rozpędzone koło zamachowe nienawiści.
„Oresteja” to – jak Luk Perceval powiedział w wywiadzie udzielonym naszej redakcji – opowieść o głęboko zakorzenionej traumie oraz o bezwarunkowej miłości (rodziców do dziecka, dziecka do rodziców) mogącej rodzić bezwarunkową nienawiść. To również unaocznienie sposobu, w jaki traumatyczne przeżycia będące udziałem poprzednich pokoleń odciskają swoje piętno na kolejnych generacjach. Na scenie Teatru Narodowego Perceval stwarza w istocie medytację nad człowieczeństwem i jego utratą, wraz ze wszystkimi tego konsekwencjami.
Historię Atrydów opowiedzieli wszyscy trzej greccy tragicy: Ajschylos, Sofokles i Eurypides – ten pierwszy w trzech utworach tragicznych znanych pod wspólną nazwą „Oresteja”. W wersji opowieści zaproponowanej przez Percevala i dramaturżkę Maję Wisłę-Szopińską, opisanej jako powstałej „na motywach trylogii Ajschylosa”, odnajdujemy także silne wpływy innych utworów związanych z wojną trojańską, chociażby Eurypidesowej „Hekuby”. Była królowa Troi (Danuta Stenka), po upadku miasta oddana w niewolę Odyseuszowi, pojawia się u Percevala jako przeciwwaga dla Klitajmestry (Aleksandra Justa): matka pokonana, wyzuta ze sprawczości, mogąca już tylko złorzeczyć bogom w otwierającym spektakl, do szpiku kości przejmującym monologu, gdyż droga zemsty za doznane krzywdy jest przed nią zamknięta. Przez większość czasu pozostaje niema i w swoim cierpieniu przejmująca.
Inscenizacja Percevala jest pozornie statyczna i przepełniona ciszą, a jednak nieustannie wyczuwamy w postaciach podskórny puls, energię i oddech prowadzące je od jednej akcji do drugiej. Krótko przed premierą udało mi się natrafić na oficjalnej stronie Percevala na tekst jego autorstwa poświęcony praktyce jogi w duchu mindfulness (uważności), która w połączeniu z technikami medytacji zen stała się dla reżysera „tańcem prowadzącym ku ciszy”. Praktyka ta wymaga skupienia na oddechu oraz uważności i świadomości własnego ciała. To ten rodzaj ruchu rozpoznaję w choreografii (trafnie określonej u Percevala terminem body language) Teda Stoffera: w połączeniu z „organiczną” muzyką Karola Nepelskiego tworzy on na scenie wizję ciał intuicyjnie przepracowujących traumę i szukających odpoczynku. Aktorzy, z którymi Perceval od początku procesu twórczego pracował w duchu uważności, wykazują się przy tym wytrzymałością i skupieniem. W trwającym godzinę i trzy kwadranse spektaklu są momenty zastygania bohaterów w bezruchu na długie minuty, jednak bez utraty napięcia dramaturgicznego. Niektóre sekwencje ruchu są natomiast wykonywane tak subtelnie, że po jednokrotnym obejrzeniu przedstawienia nabiera się ochoty na kolejne, najchętniej z innego miejsca na widowni, aby w pełni docenić perspektywę i formy ruchu. To nie jest realizacja „jednorazowa”: wyobrażam sobie i przeczuwam, że z każdym kolejnym przebiegiem będą się nam ukazywały nowe, ukryte w niej znaczenia.
Ważnymi elementami wizualnymi tej „Orestei” są również scenografia (autorstwa, podobnie jak kostiumy, Annelies Vanlaere) i reżyseria światła (Mark Van Denesse). Postacie wchodzą po, schodzą z i przez większość czasu przebywają na – wielostopniowej piramidzie, obracanej siłą mięśni Chorusa (Mariusz Bonaszewski), ilekroć zachodzi potrzeba zmiany perspektywy lub pokazania upływu czasu. Tu wracam do mojej potrzeby kilkukrotnego obejrzenia tego spektaklu: z perspektywy prawej strony widowni widać np., że powracający z wojny Agamemnon (Robert Czerwiński) stawia jedną stopę zawsze po oświetlonej, a drugą po nieoświetlonej stronie piramidy, w prosty i przejmujący sposób pokazując ambiwalencję własnej osoby z perspektywy czekających na jego powrót domowników.
A zatem: wszystko (dosłownie) kręci się wokół piramidy, będącej nie tylko symbolem hierarchii (wartości czy ważności?), ale także po prostu grobowcem, w którym bohaterowie składają swoje traumy i kolejne poddane przemocy ciała. Co ciekawe, od samego początku piramidę „zamieszkuje” obserwująca dzieje swojej rodziny Ifigenia (Hanna Wojtóściszyn), ciągle wspominana i przyzywana, zwłaszcza przed matkę. To ona uspokaja Klitajmestrę przy próbie pozbycia się z rąk wyimaginowanej krwi (córki czy męża?) w epizodzie godnym Lady Makbet; to ona spokojnie zajmuje miejsce przy siostrze, Elektrze (Ewa Bukała), oskarżającej matkę o skupianie się na martwym dziecku zamiast na dzieciach żyjących. Ifigenii nie ma, ale JEST – i jako jedyna uwolniła się z kręgu nienawiści i przemocy. Być może jeszcze Hekuba i jej córka Kasandra (Karolina Staniec), są w przewrotny sposób wolne od konieczności nadawania mocy kolejnym wydarzeniom. Ich los jako niewolnic jest z góry przesądzony, pozwala udać się na „wewnętrzną emigrację”.
Co innego „ci biedni zwycięzcy”, jak nazywa ich gorzko trojańska królowa. Teraz, gdy wojna skończona, muszą stanąć do walki z nagromadzonymi przez dziesięć trudnych lat traumami. Agamemnon wraca do domu tylko po to, żeby bez słowa zginąć z rąk Klitajmestry i Ajgistosa (Cezary Kosiński) w ramach sprawiedliwości i zadośćuczynienia za śmierć Ifigenii. Kiedy Orestes zjawia się, by dopełnić zemsty na mordercach ojca, gra go ponownie Robert Czerwiński, pokazując niemożność wyrwania się z cyklu przemocy – zabijając matkę, de facto pomści samego siebie. Elektra szaleje z rozpaczy (znakomita scena w wykonaniu Ewy Bukały) i czeka na powrót brata jak na wybawienie, na szansę wymierzenia sprawiedliwości morderczyni ojca.
Znowu to słowo – sprawiedliwość.
Tegoroczna literacka noblistka, filolożka klasyczna i poetka Anne Carson, we wstępie do swojego przekładu „Agamemnona” Ajschylosa napisała, że „przemoc emanująca ze sprawiedliwości […] pokazuje, jak różne znaczenia może mieć to słowo dla różnych osób”. Uwaga ta świetnie podsumowuje opowieść o „Orestei” Percevala. U Ajschylosa sprawiedliwości w wymiarze moralnym domagają się ścigające Orestesa Erynie, uosobienie kary za nieprawość oraz wyrzutów sumienia. U Percevala ich po prostu nie ma. Ajgistos i Klitajmestra giną, ginie Kasandra, nie ma już Ifigenii ani Hekuby. Zostaje ostatnie pokolenie bohaterów, które ma szansę wyrwać się z cyklu przemocy.
Piramida znowu zaczyna się obracać, pociągając bohaterów – i widzów – za sobą.
„Jak rozmawiać o spektaklach, których się nie oglądało? Uczmy się na książkach. Stary dobry sposób zwany laniem wody, w czym celują pijarówy, nigdy nie wyjdzie z użytku. Można też halucynować jak wczesny ChatGPT. Jeśliby układać nowy słownik komunałów à la Gustave Flaubert, na pierwszy, koronny przykład nadałoby się to zdanie: »Wdowik w swoim spektaklu nie daje jasnych odpowiedzi«”
Używamy plików cookie, aby poprawić jakość przeglądania, wyświetlać reklamy lub treści dostosowane do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz analizować ruch na stronie. Polityka Prywatności
Niezbędne pliki cookie przyczyniają się do użyteczności strony.
Umożliwiają stronie zapamiętanie informacji zmieniających wygląd.
Pomagają zrozumieć, jak użytkownicy zachowują się na stronie.
Stosowane w celu śledzenia użytkowników i wyświetlania reklam.