To był wieczór, w którym dwa różne światy spotkały się na przecięciu czasu, instrumentu i ducha. Z jednej strony Martin Nöbauer – młody Austriak, który mimo metrykalnego debiutu już teraz zdaje się być muzycznie dojrzały jak rzadko kto w jego pokoleniu. Z drugiej – Piotr Anderszewski, dla wielu wciąż niedościgniony mistrz nastroju i szczegółu, pogłębiający ciszę bardziej niż niejedno forte u konkurencji. Ich koncerty – zagrane tego samego dnia, ale jakby z dwóch różnych planet – stworzyły zaskakująco spójną opowieść o tym, czym może być pianistyka, gdy przestaje być popisem, a staje się rozmową. Albo – trafniej – rozważaniem.
„Przez Beethovenowskie lustro” – Nöbauer
Zejście do sali kameralnej FN miało w sobie coś z rytuału – nie tylko dlatego, że w centrum uwagi stały dwa historyczne fortepiany (buchholtz i erard), ale przede wszystkim dlatego, że artysta, który przy nich zasiadł, od pierwszego dźwięku ustanowił inną grawitację. Nöbauer nie gra tak, jak młodzi często próbują – z drapieżnością, z chęcią zaistnienia, z przekonaniem, że wyrazistość to siła. On gra – i to jego największy atut – jakby wiedział, że już nie musi niczego udowadniać.
Sonaty Beethovena – „Księżycowa” i „Hammerklavier” – zabrzmiały nie jak kontrasty, ale jak dwie kolejne stacje tego samego procesu. Procesu poznawania instrumentu – i siebie. Buchholtz wydobywał z muzyki kruchość, detale, rozproszenia światła. Erard z kolei – głębię, przestrzeń, brzmieniowy cień. Ale to nie fortepiany mówiły tu najgłośniej, tylko interpretacja. Liczyła się opowieść. Tu czas się naprawdę zatrzymał.
„Między Szymanowską a Balladą”
Po Beethovenie – Chopin. A wcześniej Szymanowska – wdzięczna, efemeryczna, nieco zbyt grzeczna. Mazurki z op. 50 – bardzo kulturalne, ale jeszcze nieoswojone. Za to “Fantazja f-moll” i “Ballada As-dur” – pełnia możliwości. W “Balladzie” było wszystko: przestrzeń, narracja, rozmach i zarazem intymność. To było granie „o czymś”, z wewnętrznego przymusu opowiedzenia historii. I to słychać.
Bis – “Impromptu Ges-dur” Schuberta – był jak podpis. Delikatny, pewny siebie, trafiony.
„Alchemik ciszy” – Anderszewski
Zmiana przestrzeni – i jakby zmiana gęstości powietrza. Anderszewski wszedł na scenę bez jednej zbędnej nuty – i grał tak, jakby każda zagrana ważyła więcej niż całe frazy u innych. To nie był koncert – to był seans. Nie wiem, czy bardziej Brahmsa, czy samego Anderszewskiego.
Brahms w jego wykonaniu to nie ten „historyczny” ani „neoromantyczny”. To Brahms rozpięty między smugą światła a cieniem własnych wątpliwości. Delikatny, intymny, wręcz eteryczny. Było w tym coś z rozedrganej akwareli, jak z impresjonistycznego pejzażu – więcej półcieni niż konturów. Owszem, balansował na granicy sentymentalizmu, ale właśnie w tym tkwiła siła. Bo ile razy słyszeliśmy Brahmsa poprawnego, solidnego? Anderszewski nie gra „jak trzeba”. On gra jak czuje.
„Bartók i czułość linii”
“Bagatele” Bartóka – szorstkie, chropowate, pełne nerwu – były kontrastem, ale i dopełnieniem. Jakby do czarno-białej palety Brahmsa dodać kolor: czerwony, niebieski, żółty. Bartók u Anderszewskiego to nie „muzyka ludowa przetworzona”, to rytualny taniec – szalony i mistyczny zarazem.
Bisy – “Mazurki” Chopina i “Sarabanda” Bacha – znów otworzyły inną przestrzeń. Chopin – wycyzelowany. Bach – jak zawsze u Anderszewskiego – prosty, czysty i bliski.
„Dwa bieguny jednego fortepianu”
To był koncert podwójny – ale nie przeciążony. Idealnie wyważony w emocji i w myśli. Nöbauer przyniósł światło młodości, pewność siebie, która nie potrzebuje dowodzenia. Anderszewski – cień doświadczenia, głębokość spojrzenia, której nie da się nauczyć. Jeden – przyszłość zbudowana na fundamencie przeszłości. Drugi – teraźniejszość, która sama staje się klasyką.
Takie spotkania – choć osobne – przypominają, że fortepian nie jest tylko narzędziem. Może być językiem, którym opowiada się to, czego nie da się wypowiedzieć. A ten dzień – dzień wspaniałego fortepianu – był właśnie takim opowiadaniem. Cichym, wyważonym, zapadającym w pamięć jak szept, którego się długo nie zapomina.
https://nifc.pl/pl/