Dzisiaj mija rocznica śmierci Władysława Szpilmana.
Władysław Szpilman odszedł 6 lipca 2000 roku. Od tamtej pory minęło już ćwierć wieku, a jednak jego muzyka — i jego historia — nie ucichły. Wręcz przeciwnie: z każdą kolejną rocznicą mam wrażenie, że gra coraz mocniej, jakby przypominała nam, że niektóre dźwięki nie mają końca.
Być może dlatego dziś – jako ktoś, kto od lat krąży między fotelami teatralnymi a koncertowymi estradami – czuję potrzebę, by opowiedzieć o nim nie tylko jako o postaci z podręczników, ale jako o człowieku, który potrafił sprawić, że fortepian mówił więcej niż niejeden dramat sceniczny.
Szpilman był kompozytorem wybitnym, ale nie tylko. Był też kronikarzem czasu rozkładu, czasów, w których muzyka była albo ostatnim bastionem nadziei, albo rozpaczliwym aktem oporu. W getcie warszawskim jego dłoń, uderzająca w klawisze, nie była tylko artystycznym gestem — była próbą ocalenia tożsamości, człowieczeństwa, może nawet życia. Nie przez przypadek właśnie Szpilman otworzył pierwszą powojenną transmisję Polskiego Radia. Symboliczny gest: Chopin rozbrzmiewający w ruinach Warszawy, zagrany przez tego, który przeżył jej największą ciemność.
Jako krytyk często mierzę się z pytaniem o to, gdzie przebiega granica między sztuką a życiem. Szpilman nigdy tej granicy nie uznawał. Jego muzyka była życiem – a życie stawało się muzyką, często dramatyczną, czasem liryczną, zawsze jednak głęboko zakorzenioną w emocji. I może dlatego jego piosenki – „W małym kinie”, „Tych lat nie odda nikt”, „Nie wierzę piosence” – brzmią nie tylko jako piosenki retro, ale jako mikrospektakle: sceny z życia ubrane w melodię.
W teatrze rzadko spotyka się kompozytorów, którzy jednocześnie są świadkami epoki i narratorami czasu. Szpilman był jednym z nich. Być może dlatego jego historia – ta osobista, przerażająca i heroiczna zarazem – stała się kanwą dla filmu Romana Polańskiego. Pianista to nie tylko hołd, to także rodzaj teatralnej rekonstrukcji: gest przeniesienia losu jednostki na scenę świata.
Ale Szpilman nie był jedynie bohaterem wojny. Był też architektem powojennej kultury popularnej w Polsce. Jako redaktor, dyrektor muzyczny, organizator festiwali i mentor młodych artystów – współtworzył pejzaż artystyczny, w którym śpiewano nie tylko o miłości, ale i o wolności, pamięci, utraconym czasie.
Nie da się dziś zrozumieć polskiego XX wieku bez nuty Szpilmana. I choćby zagrano go dziś tylko raz – z jakiegoś stłumionego radia, na nieco rozstrojonym pianinie – wystarczy, by wróciło wszystko: Warszawa, mrok, światło, duma, wstyd, wiara, rozpacz. I nadzieja. Zawsze nadzieja.
Bo jego muzyka – mimo całego tragizmu historii – zawsze wierzyła, że człowiek się jednak ostanie.