Dyskretny zmierzch burżuazji
O spektaklu “Teoremat” Pier Paolo Pasoliniego w reż. Eugena Jebeleanu z Teatrul Național Radu Stanca na Festiwalu Teatralnym Kontakt w Toruniu pisze Szymon Spichalski.
fot. Mihail Nestor
O spektaklu “Teoremat” Pier Paolo Pasoliniego w reż. Eugena Jebeleanu z Teatrul Național Radu Stanca na Festiwalu Teatralnym Kontakt w Toruniu pisze Szymon Spichalski.
fot. Mihail Nestor
„It’s a lovely day” – zaśpiew czarnowłosej kobiety niesie się po szerokiej i pustej sali. Podłogę tworzy parkiet z symetrycznie ułożonych paneli. Znajduje się na nim kilka mebli oraz fortepian. Tę niemal pustą przestrzeń okala wielka, prześwitująca zasłona z nadrukowanym sielskim, romantycznym pejzażem. To świat idealny, w którym wszystko ma swoje miejsce, choć zarazem tchnący sztucznością i chłodem. To świat skazany na zagładę.
W takiej scenografii, zaprojektowanej przez Velicę Panduru, rozpoczyna się Teoremat z Teatrul Național Radu Stanca. Część polskich widzów z pewnością pamięta głośną inscenizację filmu Pasoliniego w reżyserii Grzegorza Jarzyny ze stołecznego Teatru Rozmaitości. Spektakl z 2009 roku był znakomicie skomponowanym przedstawieniem, opartym na wysmakowanych obrazach i udanie rozegranych napięciach emocjonalnych. Reżyser Eugen Jebeleanu korzysta ze swojego scenicznego języka, by odnaleźć nowy klucz do adaptacji filmu włoskiego skandalisty.
Znacząca jest już sama ekspozycja członków rodziny fabrykanta Paola (Adrian Matioc). Przedstawiają się oni wprost, w formie autorskiego komentarza, inspirowanego – zdaje się – szkicem do Teorematu przygotowanym przez samego Pasoliniego w jego Who is me. Ten zabieg od początku tworzy dystans wobec materii filmu, choć podstawowa linia fabularna zostaje zachowana. Pojawienie się Gościa (Gyan Ros) wywraca do góry nogami wspomniany uporządkowany świat włoskiej elity. Autor adaptacji, Yann Verburgh, podąża za oryginałem i pozwala rozwijać się relacjom pomiędzy przybyszem a domownikami, ukazując następującą po nich przemianę.
Jebeleanu sięga po różnorodne środki inscenizacyjne. Sceny uwodzenia, oparte na ciekawych układach choreograficznych, są zdecydowanie najlepszymi w spektaklu. Stosunek Gościa z córką Odettą (Antonia Dobocan) przypomina zmysłową sekwencję z Powiększenia Antonioniego. Dystyngowana Lucia (Cendana Trifan) dosłownie i w przenośni daje sobie „wbijać gole”. W głębi sceny, za prześwitującą zasłoną, odsłania się krajobraz ukazujący pustynię, pośrodku której stoją jedynie auto i dystrybutor paliwa – co dodatkowo podkreśla pustkę scenicznego świata.
Muzyka w spektaklu pełni funkcję bezpośredniego komentarza do akcji. Że jesteśmy we Włoszech, przypomina nam radosne „Sarà perché ti amo”. Wspólna podróż Gościa i Paola kończy się miłosnym aktem przy dźwiękach „The Passenger” Iggy’ego Popa. Nagłe odejście przybysza doprowadza rodzinę do rozpaczy – w tle słyszymy wtedy „Old Money” Lany Del Rey. Więcej jest zresztą zabiegów przenoszących akcję w realia współczesności, jak choćby koszulka z nazwiskiem Messiego, którą nosi syn Paola.
Najważniejszą fabularną różnicą pomiędzy filmowym oryginałem a spektaklem jest… śmierć Gościa. U Pasoliniego nieznajomy po prostu odchodzi; tutaj zostaje zlinczowany przez zawiedzioną służącą Emilię (Raluca Iani). Jego martwe ciało traktowane jest potem niemalże z czcią godną boga. A jednak to spektakl, któremu brakuje mistycyzmu i religijnego tła tak charakterystycznego dla Pasoliniego. Nie pojawia się powracające niczym mantra Requiem d-moll. Jebeleanu nie dążył do wiernej adaptacji filmu, jednak przesunięcie akcentów na fizyczną seksualność oraz polityczno-społeczne aspekty odbiera dramaturgii jej gatunkowy ciężar.
Silną stroną filmowego Teorematu były tajemnica, niedopowiedzenie, napięcia rozgrywane w statycznych scenach. W rumuńskiej inscenizacji dominuje dosłowność, krzyk i fizyczna ekspresja. Zbliża ją to raczej do melodramatu niż brutalizmu w stylu Sarah Kane. Przekaz Teorematu, podany w atrakcyjnej wizualnej i audialnej formie, ulega przez to pewnemu zbanalizowaniu.
Przedstawienie Jebeleanu można odczytywać jako spektakl o duchowej pustce współczesnej klasy wyższej, o jej moralnej i egzystencjalnej słabości. W jednej z ostatnich sekwencji Pietro zwraca się ku sztuce, niszcząc własne dzieło w rytm zremiksowanego „Bella Ciao” – pieśni antyfaszystowskich partyzantów z czasów II wojny światowej. Oskarżycielski ton względem „burżuazji” zostaje tym samym wyraźnie podkreślony.
Brzmi znajomo?