Dramat i kabaret, czyli teatralna polifonia Witkacego
O spektaklu „Witkacja. Wodewil na krawędzi” Karoliny Felberg-Pawłowskiej i Romana Pawłowskiego-Felberga w reżyserii Ceziego Studniaka w Teatrze Rampa w Warszawie pisze Wiesław Kowalski.
„Witkacja – wodewil na krawędzi” to spektakl wymykający się jednoznacznym definicjom. Zamiast prostego przedstawienia biografii Stanisława Ignacego Witkiewicza, twórcy zabierają widza w podróż przez wyobraźnię artysty, jego lęki, obsesje i nieskończone maskarady. To teatr, który łączy w sobie ducha kabaretu z dramatem egzystencjalnym, historię z wizją, rzeczywistość z fantasmagorią.
Postać Witkacego rozbita zostaje na dwie odsłony – młodzieńczą i dojrzałą – co pozwala uchwycić zarówno jego wewnętrzną rozterkę, jak i przemianę. Widz obserwuje człowieka pełnego sprzeczności: z jednej strony ironicznego prowokatora, z drugiej – artystę przepełnionego lękiem przed śmiercią i utratą sensu. W tej konstrukcji psychologicznej nie chodzi o dosłowność, lecz o uchwycenie napięcia, które napędzało zarówno życie, jak i twórczość Witkacego.
Silnym i poruszającym akcentem przedstawienia są kobiety – nie jako tło, lecz jako głos. Bohaterki, które w różnych momentach życia artysty były mu bliskie, pojawiają się na scenie jako postaci mówiące własnym językiem, z własną perspektywą, bez uległości wobec mitu geniusza. Ich obecność nie tylko wzmacnia dramaturgię, ale też nadaje przedstawieniu głębię – ukazuje relacje, które były równie twórcze, co destrukcyjne. Emocje zapisane w ich pieśniach i monologach tworzą osobną narrację – pełną żalu, ironii, namiętności i zranienia.
Na szczególne uznanie zasługuje scenariusz. To właśnie tekst nadaje przedstawieniu strukturę wielowarstwowego portretu – nie linearną historię, lecz sieć powiązań, wspomnień i powidoków. Udało im się stworzyć opowieść, która nie tylko oddaje ducha epoki i złożoność postaci Witkacego, ale też pozostawia przestrzeń na interpretację. Tekst nie ucieka się do publicystyki ani do prostych klisz biograficznych – raczej buduje metaforyczną opowieść o samotności, sztuce i nieustannym balansowaniu na krawędzi.
Warstwa muzyczna spektaklu wykracza daleko poza funkcję ilustracyjną. Dźwięk staje się językiem równorzędnym wobec słowa – raz współbrzmiącym z emocjami bohaterów, innym razem wybijającym z rytmu i dezorientującym, niczym echo niestabilnego świata. Kompozycje są bogate stylistycznie: pojawiają się tu zarówno elementy jazzu, muzyki etnicznej i kabaretowej, jak i fragmenty silnie osadzone w nowoczesnych brzmieniach. Ta różnorodność tworzy wielowarstwową przestrzeń akustyczną, która współtworzy dramaturgię i wpływa na odbiór psychologiczny każdej sceny.
Obrazy sceniczne, które towarzyszą opowieści, dalekie są od realistycznych odwzorowań. Scenografia i światło tworzą przestrzeń na granicy jawy i snu – sugestywną, zmienną, czasem oniryczną. W ten sposób wykreowany zostaje świat, który nie jest odwzorowaniem przeszłości, lecz emocjonalnym krajobrazem wewnętrznym postaci. Kostiumy, ruch sceniczny i światło tworzą całość, w której teatr staje się niemal malarską kompozycją.
Zamiast linearnego toku wydarzeń, widz porusza się po spirali obrazów i wspomnień, w których rzeczywistość przeplata się z urojeniem. Przez tę nieoczywistą konstrukcję fabularną spektakl odsłania dramat człowieka niepogodzonego ze światem, rozdartego między potrzebą tworzenia a przeczuciem końca. W tle przewija się zagrożenie wojenne, przemijanie, a także pytanie o to, kim jest artysta i czy jego obecność ma jeszcze znaczenie w świecie, który ulega rozpadowi.
Całość przedstawienia opiera się na grze przeciwieństw – między porządkiem a chaosem, żartem a dramatem, strukturą a improwizacją. To teatr, który nie tyle opowiada historię, co wciąga widza w wir emocji i obrazów. Portret Witkacego, który się z tego wyłania, nie jest zamkniętą definicją, lecz procesem – pozostającym w ciągłym napięciu, pełnym głosów i niepokojów, jak sam bohater.
fot. Marek Zimakiewicz