Dobrze to już było
O spektaklu „Wspólnota mieszkaniowa” Jiříego Havelki w reżyserii Leny Frankiewicz we Wrocławskim Teatrze Współczesnym pisze Jarosław Klebaniuk.
fot. Filip Wierzbicki / Wrocławski Teatr Współczesny
O spektaklu „Wspólnota mieszkaniowa” Jiříego Havelki w reżyserii Leny Frankiewicz we Wrocławskim Teatrze Współczesnym pisze Jarosław Klebaniuk.
fot. Filip Wierzbicki / Wrocławski Teatr Współczesny
O spektaklu „Wspólnota mieszkaniowa” Jiříego Havelki w reżyserii Leny Frankiewicz we Wrocławskim Teatrze Współczesnym pisze Jarosław Klebaniuk.
Wybierając się z Elą na ten spektakl, nie mieliśmy wygórowanych oczekiwań. Okazało się to strategią słuszną, acz niewystarczającą. Spektakl był jednym z większych teatralnych rozczarowań, jakich doświadczyliśmy w ostatnich latach. Trudno mieć przy tym pretensje do zespołu aktorskiego, bo zagrał adekwatnie do charakteru produkcji. Zawinił zapewne wybór dosyć miałkiego tekstu. Wydawałoby się, że uznany czeski reżyser teatralny powinien mieć spore wyczucie tego, co sprawdzi się na scenie. Cóż, może inaczej wypadło to w języku oryginału czy w innej reżyserii.
Akcja rozegrała się podczas jednego zebrania (walnego zgromadzenia?) wspólnoty mieszkaniowej. Zatwierdzenie sprawozdania i podjęcie ważnych decyzji dotyczących domu stały się pretekstem do ujawnienia antypatii i konfliktów między lokatorami. Postaci zostały zarysowane w dosyć schematyczny sposób. Poznaliśmy więc między innymi: twardogłowego postkomunistę (w tej roli niezawodny Maciej Tomaszewski; tytuł recenzji pochodzi z jego ust), pełną pretensji starszą panią (Irena Rybicka), pedantyczną formalistkę (Beata Rakowska), pijaczka (Tadeusz Ratuszniak), nowoczesnego geja (Mariusz Bąkowski), wyrachowanych biznesmenów (Krzysztofowie Boczkowski i Zych), chciwą kamieniczniczkę (Anna Błaut) czy asystującego jej cwaniaczka od małych interesów (Rafał Cieluch). Grano — jeśli dobrze usłyszałem — bez mikrofonów, co w obecnych czasach i na dużej scenie należy zapisać na plus. Kilkanaście osób niemal nieustannie przebywało na scenie, której organizacja umożliwiała odgrywanie scen w tle lub wręcz w domyśle.
Celowo surowa, minimalistyczna scenografia oddawała klimat zebrania w wynajętej na godziny sali gdzieś w blokowisku. Pomieszczenie po schodach na górze służyło domniemanym naradom czy kłótniom w tandemach lub parach, okno — choćby paleniu papierosów, a drzwi do toalety umożliwiały realizację mdłości przez wysoce ciężarną nową lokatorkę. W tej scenerii dochodziło do słownych wymian i utarczek, a z czasem — do rękoczynów.
Sceniczne dzianie się miało początkowo dosyć statyczny charakter, by w drugiej połowie zdynamizować się za sprawą ujawniających się konfliktów interesów. Zaczęło dochodzić najpierw do bójek, a w końcu do ogólnej przemocy. Przez większość czasu miało to charakter komediowy czy wręcz farsowy, by tylko parę razy otrzeć się o dramat. Trudno było uznać te uporczywe, niekiedy eskalujące konflikty za zabawne, co znajdowało zresztą odzwierciedlenie we wstrzemięźliwych reakcjach widowni. Jeśli pojawiły się jakieś okazje do (u)śmiechu, to albo miały charakter sytuacyjny (pijak zaoferował swoje przetarte okulary osobie, której ktoś zarzucił, że nie widzi rzeczy oczywistych, sugerując „przetarcie okularów”), albo były przejawem czarnego humoru („Gaz jest potrzebny. Gaz trzeba zachować. Na samobójstwa”, powiedział depresyjny profesor; ktoś inny zwątpił w sensowność instalacji windy, skoro osoba najbardziej jej potrzebująca może wkrótce umrzeć). Jednak znacznie częściej komediowe intencje trafiały w próżnię lub były tak grube, że zażenowanie zastępowało (domniemane) rozbawienie.
Przedstawienie, jak się okazało, można było (a nawet należało!) odczytywać metaforycznie, choć klucz do takiego odbioru pojawił się na samym końcu. Oto rozbuchana, nieskuteczna demokracja, w której poszczególne strony nie są w stanie osiągnąć porozumienia, zadbać o dobro publiczne, ustąpić nawet wtedy, gdy nie mają racjonalnych (lub żadnych) argumentów, z łatwością ustępuje autokratycznym czy wręcz dyktatorskim zapędom. Stół nie został wywrócony, ale przearanżowany, co było scenograficznym dopełnieniem metafory. Końcowy akord sugeruje katastrofę. Aktualność polityczna takiej metafory — w kontekście choćby poczynań Orbána czy Trumpa oraz rosnącego poparcia dla skrajnej prawicy — wydaje się uderzająca. I nie ma znaczenia to, czy po władzę sięga ktoś, aby zrealizować własne interesy materialne, czy aby wprowadzić w życie niebezpieczną ideologię (obydwa te cele, jak się okazuje, można realizować jednocześnie). Podsunięcie takiej głębszej interpretacji nie zmienia jednak faktu, że niezbyt udana komedia obyczajowa została na koniec sygnowana jako komentarz do zmian politycznych na świecie.
Nie moglibyśmy z Elą z czystym sumieniem polecić „Wspólnoty mieszkaniowej” miłośnikom teatru. Jednak wierzymy, że będzie długo grana i może stanowić strawę dla konsumentów kultury. Pozostaje nam tylko wierzyć w to, że wrocławski Współczesny nie zrezygnuje z artystycznych aspiracji i wciąż będzie sięgać po ambitne teksty i transgresyjne inscenizacje.
Jarosław Klebaniuk — Instytut Psychologii, Uniwersytet Wrocławski
fot. Filip Wierzbicki / Wrocławski Teatr Współczesny