Maryla Zielińska, autorka tekstu opublikowanego w „Miesięczniku Teatr”, zrobiła coś, co w teatrze – paradoksalnie – nieczęsto się zdarza: spojrzała na legendę chłodno, z dystansem, bez nabożności. I wywołała niemały pożar.
Reakcje? Z jednej strony aplauz za odwagę, rzetelność, przypomnienie faktów, które z biegiem lat obrastały w mit. Z drugiej – emocjonalny sprzeciw, zarzuty o „gumkowanie dorobku”, „prokuraturę słowa”, a nawet… dehumanizację. Środowisko teatralne eksplodowało. Aż trudno oprzeć się wrażeniu, że niektórzy bronią nie tyle Jarzyny, co obrazu własnej młodości – lat, w których jego spektakle wyznaczały horyzonty tego, co odważne, nowoczesne i ważne.
Czy Maryla Zielińska miała prawo napisać ten tekst przed premierą?
Jako wieloletni obserwator życia teatralnego muszę powiedzieć: oczywiście, że miała. To nie była recenzja spektaklu, którego jeszcze nie widzieliśmy, ale szeroko zakrojony portret sytuacyjny, analityczna panorama kariery artysty, który od blisko dwóch dekad nie zaproponował nic, co poruszyłoby publiczność tak, jak robił to w czasach swojej największej aktywności. To nie jest kwestia „prawdziwego sukcesu” (termin – przyznajmy – niefortunny), ale zmiany wrażliwości, rytmu, języka teatru. I autorka ten kontekst przywołała. Jarzyna był awangardą. Dziś awangardą są inni.
Czy tekst był ostry? Tak. Ale nie był złośliwy. Był raczej próbą postawienia diagnozy – i to bolesnej – ale niepozbawionej empatii. Przecież Zielińska nie „gumkuje” Jarzyny, ona pyta: czy jego teatr jeszcze rezonuje? Czy nowa premiera ma szansę być przełomem, czy tylko kolejnym powrotem do sprawdzonych motywów?
To pytania zasadne. Równie zasadne jak ekscytacja publiczności, która wykupiła bilety na Rękopis znaleziony w Saragossie. Jedno nie wyklucza drugiego.
Kiedy Przemysław Skrzydelski, mój redakcyjny kolega, mówi, że to świetny tekst – rozumiem go. Kiedy inni pytają, czy autorka nie za bardzo się rozpędziła – również mają rację. Bo problem nie leży w samej krytyce, ale w timingu. Trzy dni przed premierą to czas, kiedy reżyser i zespół kończą spektakl, ostatni raz mierzą się z próbą generalną, emocje sięgają zenitu. To moment, w którym łatwo zranić. Teatr to nie tylko instytucja – to ludzie. Tekst Zielińskiej był rzetelny, ale zabrakło w nim może refleksji: czy teraz to opublikować? Czy przed premierą to moment na takie podsumowanie kariery? A może wystarczyłoby kilka dni później, kiedy już spektakl się wydarzy, a dyskusja będzie oparta nie tylko na przeszłości, ale i na tu i teraz?
Bo przecież można było o tym wszystkim napisać po premierze. I wtedy – o ile Rękopis w Teatrze Polskim w Warszawie rzeczywiście okazałby się artystycznym fiaskiem – mielibyśmy mocny materiał krytyczny, być może nawet tekst sezonu. Ale publikacja przed premierą? To już coś więcej niż krytyka – to akt symboliczny: sprawdzam. I to „sprawdzam” padło w momencie, gdy teatr jeszcze nie otworzył kurtyny. Taki gest ma swoją wagę. I cenę.
Czy Maryla Zielińska miała prawo to napisać? Tak. Czy to był najlepszy możliwy moment? Już nie jestem tego taki pewien.
Czasami nawet najcelniejsze zdania potrzebują odrobiny ciszy, żeby mogły naprawdę wybrzmieć.
https://teatr-pismo.pl/o-jedna-szkatulke-wiecej/
https://teatrpolski.waw.pl/spektakl/rekopis-znaleziony-w-saragossie