Czas na ludzi (nie)znacznych
O Józefie Eliaszu, jego wizji i praktyce – El Jazz w Bydgoszczy – pisze Krystian Kajewski.
Współczesna kultura – jeśli w ogóle możemy mówić o kulturze w epoce jej uwiądu – staje się coraz bardziej odtwórcza. Działa na zasadzie kalkomanii, a mówiąc nowocześniej – metody kopiuj-wklej. Żyje, odcinając kupony od dawnej wielkości. A cały ten jazz, będący odbiciem wybuchu supernowych sprzed stulecia, pędzi siłą absurdalnego rozpędu, synkopując i dając słuchaczom jeszcze trochę radości.
Zgodnie z mitologią kapitalizmu zostaliśmy stworzeni do konkurencji. Jednak bohater mojej opowieści – Józef Eliasz – pozostaje w swojej dziedzinie bezkonkurencyjny. Człowiek-instytucja, perkusista, który na swoich bębnach opowiada historię pełnego przygód życia, będącego częścią większej opowieści – historii jazzu jako fenomenu kulturowego.
Eliasz kocha jazz, a jazz kocha jego. Biblijny prorok Eliasz posługiwał się słowem Bożym z taką samą swobodą, z jaką Józef Eliasz operuje pałeczkami i miotełkami. Choć wiekiem bliżej mu do retro jazzu niż do awangardy, wierzy w melodię – od Pucciniego po Charliego Parkera. Pośród swoich mistrzów stawia zatem raczej Milesa Davisa niż Johna Cage’a. Ożywia klasyczny jazz, grając w niezliczonych zespołach, a przede wszystkim jako lider El Jazz Big Band.
Sam mówi o sobie:
“Ja, Józef Eliasz, jestem synem Leona Eliasza. Ojciec był muzykiem. I ja jestem muzykiem.”
Nie zdążyłem zapytać, czym zajmują się jego córki – a ma ich aż pięć. Wiem natomiast, że jego żona, Kinga Eliasz, jest plastyczką, a wnętrze klubu El Jazz zdobią jej prace.
Eliasz opowiada, jak jako dziecko przyjechał z rodziną z Inowrocławia do Bydgoszczy, jak wcześnie obudziła się w nim odziedziczona po ojcu miłość do muzyki. O swojej przygodzie i graniu na transatlantyku. O miłości do muzyki, która doprowadziła go aż do Los Angeles Trio. O jedenastu latach w Ameryce, spędzonych pośród aniołów jazzu. O spadkobiercach Nowego Orleanu, narodzinach jazz fusion, o wielkich kompanach – od Stańki po Ptaszyna. O wszystkich świętych jazzu, którzy stworzyli tę najbardziej pojemną muzykę świata.
Jazz nie umiera. Ani jazz, ani rock. Dzięki takim ludziom jak Józef Eliasz – skromnym muzykom tła i pierwszego planu jednocześnie. Łączy bycie artystą świateł ramp z rolą muzyka drugiego planu. Jest zarówno pałkerem, jak i dyrygentem. Twórcą Bydgoskiego Festiwalu Jazzowego, liderem El Jazz Big Band. Niewidoczny, ale doskonale słyszalny heros tego – ponoć ginącego – gatunku. Godnie dzierży pałeczkę niosącego ogień. I wali nią w bębny z tą samą pasją, z jaką niegdyś Jimi Hendrix gryzł struny gitary, a Miles Davis dął w swoją trąbkę.
Urodzony w 1954 roku, rówieśnik mojego ojca, nie zwalnia tempa. Niebawem kolejna edycja Bydgoskiego Festiwalu Jazzowego, a w klubie El Jazz wciąż odbywają się świetne koncerty. Stworzył namiastkę Nowego Orleanu i Nowego Jorku przy ulicy Krętej w Bydgoszczy.
Z nudów i ciekawości
Dlaczego Józef Eliasz stał się najbardziej prominentnym i długodystansowym muzykiem jazzowym w Bydgoszczy? Może z nudów. A może z ciekawości świata, która zaprowadziła go do Ameryki – ziemi obiecanej jazzmanów. A może dlatego, że – jak mówi – takie było jego marzenie.
W połowie lat siedemdziesiątych zdobył pierwszą nagrodę na Festiwalu Jazz nad Odrą. Od zawsze chciał przenieść cały ten jazz do Bydgoszczy. Nie musieć już grać na okrętach. Nie jeździć po jazz do Ameryki ani na Jazz Jamboree. Chciał, by to do Bydgoszczy przyjeżdżano grać jazz.
I to mu się udało.
Bydgoski Festiwal Jazzowy i El Jazz stały się rozpoznawalnymi markami. Od lat sprowadzają do miasta nie tylko najnowsze trendy w światowym jazzie, ale i muzyków przypominających, jak jazz brzmiał dekady temu – trzydzieści, sześćdziesiąt, a nawet sto lat wstecz. Jedną z inicjatyw El Jazz są koncerty z cyklu Retro Jazz.
Na jednym z nich byliśmy wczoraj. I bardzo nam się ta podróż w czasie spodobała.
Jaśniej od gwiazd – rozmowa z Józefem Eliaszem przed koncertem Retro Jazz w bydgoskim El Jazz.
fot. Alicja Kusek