Dziś urodziny obchodzi Stanisław Brejdygant – aktor, reżyser, scenarzysta, pisarz. Człowiek, który nie tylko przeżył polski teatr ostatnich kilkudziesięciu lat, ale go współtworzył. I chociaż scena bywa bezlitosna – zmienia dekoracje, zapomina role, przesuwa światło – on nigdy z niej naprawdę nie zniknął.
Pamiętam go z teatru, zanim jeszcze znałem jego nazwisko. Głos – ciepły, z lekko chropowatym rejestrem – zostawał w uchu dłużej niż akcja spektaklu. Twarz – nieprzywierająca do konkretnego emploi – była jak dobrze noszony kostium: nie błyszczała, ale nadawała sens całości. Brejdygant nie krzyczał ze sceny, nie grał “pod widownię”. On istniał – dokładnie tam, gdzie trzeba, i dokładnie tak, jak trzeba.
Dla pokolenia, które pamięta teatr telewizji z lat 70. i 80., jest twarzą pewnego stylu: aktorstwa oszczędnego, skupionego, inteligenckiego. Dla młodszych – nazwisko znajome być może głównie z powodu syna lub serialowych epizodów. Ale kto zatrzyma się przy jego dorobku, ten zrozumie, że mamy do czynienia z artystą, który zawsze grał w dłuższą grę.
Nie był „gwiazdą” w potocznym sensie tego słowa – nie pozował, nie szukał światła, nie brał go sobie na siłę. A mimo to jego obecność miała wagę. Taką, której nie da się wymusić – można ją tylko wypracować latami uczciwej, często cichej pracy.
Cenię w nim to, co coraz rzadsze: świadomość słowa. Jako aktor wiedział, że tekst nie jest tylko środkiem do pokazania emocji – jest ich źródłem. Jako reżyser i autor – że forma nie może dominować nad myślą. A jako poeta – że teatr i poezja nie są odległymi światami, tylko różnymi przejawami tej samej potrzeby opowiadania o człowieku.
I co równie ważne – on wciąż gra. Wciąż wychodzi na scenę. W Teatrze Polonia – z poruszającym monodramem „Winny”, który jest nie tyle spektaklem, co intymnym dialogiem z widzem. W Och‑Teatrze – w „Końcu Czerwonego Człowieka”, gdzie jego obecność sceniczna przypomina, jak wiele znaczenia może nieść sama cisza. A także w „Wspólnocie mieszkaniowej” – komedii o współczesnym chaosie, w której Brejdygant z wdziękiem i ironią wnosi na scenę nie tylko aktorską precyzję, ale i rzadką dziś klasę.
To role pełne skupienia, powściągliwe, a przez to właśnie poruszające – takie, jak cały jego teatr.
W dzisiejszym świecie, w którym coraz częściej liczy się „widoczność” zamiast obecności, Stanisław Brejdygant pozostaje kimś, kto nie musi się przypominać, by być pamiętanym. To rzadki rodzaj artysty – nie spektakularny, lecz znaczący. Taki, którego obecność buduje przestrzeń spektaklu, a nie ją zagarnia.
Dziś, w dniu jego urodzin, warto przypomnieć sobie, że teatr to nie tylko młodość, energia i ryzyko. To także doświadczenie, opanowanie i pamięć. Brejdygant – aktor, który grał z czasem, nie przeciw niemu – jest tego najlepszym dowodem.
Sto lat, Panie Stanisławie. Scena wciąż Pana potrzebuje.