W piątek wieczorem, podczas festiwalu Chopin i jego Europa, odbył się koncert udowadniający, że scena kameralna nie potrzebuje ani dekoracji, ani światła – dramat kryje się w nutach, a aktorzy żyją w skrzypcach i klawiszach.
Hagen Quartet wraz z Mao Fujitą zaprezentowali dwa skrajnie różne stylistycznie dzieła, ale oba nacechowane głęboką emocją i mistrzowską formą. Spotkały się tu dramatyzm Szostakowicza i romantyczna ekspresja Brahmsa, tragedia XX wieku i namiętność romantyzmu, ironia vs. liryka i wewnętrzne napięcie.
Hagen Quartet – harmonijna siła rodzinnego porozumienia
Wieczór otworzył III Kwartet smyczkowy w tonacji F-dur op. 73 Dmitrija Szostakowicza – utwór pełen sprzeczności, od pozornej pogodności, przez brutalne marsze i groteskową ironię, po dramatyczne wyciszenia. Zespół przeszedł przez te zmienne nastroje z wyczuciem i odwagą, oferując przedstawienie autentyczne i emocjonalnie odsłaniające – bez taniego efektu, za to z głębią i prawdą, jakie niesie tylko intymna muzyka kameralna. A fakt, że kwartet tworzą członkowie tej samej rodziny i działa nieprzerwanie od 1981 roku, nadaje ich wykonaniom szczególnego zgrania i rodzinnej spójności.
Mao Fujita i Brahms – dramat wewnętrznych zderzeń
W drugiej części koncertu do kwartetu dołączył Mao Fujita – i to było coś wyjątkowego. Wspólnie zabrzmiał Kwintet fortepianowy f-moll op. 34 Brahmsa, który rozkwitł dramatyczną siłą równie intensywną, jak scena szekspirowska. Fujita, mimo młodego wieku, zaprezentował dojrzały, wrażliwy sposób grania – pełen dialogu, nigdy przesadny, zawsze służący dziełu. Jego dźwięk był dyskretny, ale silny, elastyczny i oddychający. Żałować można jedynie, że nie zabrzmiało przy tej okazji jego granie solowe – zasługuje na samodzielną przestrzeń.
Wspólne wykonanie, monumentalne, a jednocześnie niezwykle osobiste – to muzyczna psychodrama, walka emocji i postaci, zagrana bez przesadnego patosu, ale z wielką mocą. Tu i teraz.
Kilka słów na marginesie
Po raz pierwszy na tym festiwalu zabrzmiał Steinway – wcześniej użyto instrumentów takich marek jak Erard, Fazioli czy Yamaha. To szczegół techniczny, ale Steinway dał Brahmsowi odpowiedni ciężar brzmienia, na jaki zasługuje.
Epilog
To był wieczór godny sceny dramatycznej: pięcioro muzyków, brak dekoracji, jedynie muzyka jako scenografia – Brahms i Szostakowicz jako reżyserzy emocji. Wychodziliśmy w ciszy – z pytaniami, obrazami, uczuciami, zamiast gotowej puenty. Bo prawdziwa muzyka jest teatrem. A ten koncert był tego dowodem.
https://nifc.pl/pl/