Nie wszyscy aktorzy trafiają na okładki magazynów ani do telewizyjnych wywiadów. Nie wszyscy walczą o splendor. Ale są tacy, bez których teatr po prostu nie działa – nawet jeśli nie zawsze doceniamy ich obecność od razu. Taką aktorką od lat jest Bożena Borek. Jej urodziny są doskonałą okazją, by powiedzieć głośno to, co wiele razy myślałem po cichu, siedząc na widowni: że to artystka nieoczywista, pokorna, a przy tym potrafiąca sięgnąć po role z najwyższej półki – bez fałszywego patosu i bez wymuszonego efektu.
Wczoraj swoje urodziny obchodziła Bożena Borek, aktorka, która od wielu lat jest ważną postacią Nowego Teatru im. Witkacego w Słupsku. Choć moje życzenia nie dotarły dokładnie na czas, warto dziś zatrzymać się i przypomnieć, jak ważną rolę odgrywa na lokalnej scenie.
Miałem przyjemność poznać ją w czasach, gdy nasze teatralne ścieżki przecięły się w Elblągu, w tamtejszym Teatrze Dramatycznym. Pamiętam szczególnie nasze spotkanie sceniczne w „Pastorałce” Schillera – Borek już wtedy przykuwała uwagę naturalnością i wewnętrznym spokojem. To był teatr, który nie potrzebował krzyku, by być słyszalnym.
Później obserwowałem jej drogę aktorską z perspektywy widza i – z czasem – krytyka teatralnego. Dziś, kiedy Nowy Teatr im. Witkacego w Słupsku jest jej domem artystycznym, a ona sama współtworzy jego tożsamość niemal od początku, nie sposób nie docenić jej wkładu. Widziałem ją w spektaklach dramatycznych, farsach, widowiskach opartych na lokalnych legendach i w odważnych inscenizacjach tekstów współczesnych. Niezmiennie wnosiła w swoje role czułość i rzetelność, które są – być może – coraz rzadszym towarem w dzisiejszym, zmediatyzowanym teatrze.
W pamięć zapada zwłaszcza jej poruszająca kreacja opiekunki harcerek w „Małej piętnastce – legendach pomorskich” Tomasza Mana. To rola oszczędna w środkach, ale potężna w wyrazie. Nie da się jej opowiedzieć – trzeba ją zobaczyć. I zapamiętać. Jackowi Sieradzkiemu nie bez powodu zabrakło słów, by objąć całą głębię tej postaci – jakby teatralna prawda, która wyłania się z gry Borek, wymykała się opisowi.
W „Cmentarzysku samochodów” Arrabala była surowa i niepokojąca jako Dila. W „Naszym małym PRL-u” – ironiczna, z dystansem, ale bez ośmieszania. W „Ulicy” z kolei tworzyła jedną z tych kreacji zespołowych, które trudno rozdzielać – bo współbrzmiała z partnerkami w pełni, bez zgrzytu, bez fałszu.
To, co urzeka mnie najbardziej w aktorstwie Bożeny Borek, to jej gotowość do służby teatrowi – nie sobie samej. Bez rozedrganej potrzeby autoprezentacji, bez obsesyjnego narzucania się. W teatrze szuka sensu, nie lustra.
Jej droga sceniczna, choć głęboko zakorzeniona lokalnie, nie ma w sobie nic prowincjonalnego. Bożena Borek reprezentuje typ aktora zespołowego – w najlepszym znaczeniu tego słowa. Nie potrzebuje monodramów, by zostawić po sobie ślad.
W dniu urodzin nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć kolejnych lat twórczej odwagi – tej cichej, codziennej, która nie rozsadza teatru, ale trzyma go w pionie. I jeszcze wielu ról – bo choć Bożena Borek zagrała już wiele, to jako widz wciąż mam wrażenie, że najlepsze może być jeszcze przed nami. Choć moje życzenia przychodzą z drobnym opóźnieniem, niech będą równie szczere i gorące.