Kto nie chciałby być jak John Malkovich? Albo inna gwiazda show-biznesu? Podjęcie tematu takiej postaci to przepis na teatralny samograj, szczególnie jeśli dorzuci się do tego społecznie nośny problem.
Kobieta-artystka – na dodatek w związku z artystą – to temat nienowy, lecz wciąż interesujący, czego przykładem jest choćby popularność spektakli „Kora Boska” i „Byłam żoną Boba Marleya” z udziałem Katarzyny Chlebny. Twórcy „Tiny” sięgnęli na światowy muzyczny szczyt. Losy Tiny Turner to znakomity materiał dramatyczny, zapisany przez nią samą w autobiografii. W bielskim przedstawieniu wiele zrobiono, żeby przykre fakty z życia ikony popkultury “przypudrować i przyklepać”, by bolesna prawda uderzyła w widza ze zdwojoną siłą.
Akcja toczy się początkowo bez większych napięć, stopniowo odsłaniając mechanizmy psychomanipulacji w toksycznym związku z Ikem. Doskonałym pomysłem inscenizacyjnym jest rozdzielenie życiowych doświadczeń i artystycznych wzlotów wokalistki między cztery aktorki. Wszystkie są Tiną, a zarazem nie jest nią żadna, co w zamyśle reżyserki ma pokazać powszechność domowej przemocy, która nie omija znanych i sławnych. Na scenie cały czas są razem, znakomicie zgrane choreograficznie, ruchowo i wokalnie – a przecież niełatwo dorównać Królowej Rock ’n’ Rolla.
Huśtawkę emocji odzwierciedlają mądrze dobrane piosenki. Aktorki wykonują je na zmianę, odpowiednio do swoich wokalnych predyspozycji. A te ostatnie są w bielskim teatrze naprawdę niezłe. Ich głosy błyszczą i dźwięczą w klimatycznych aranżacjach znanych przebojów. Dynamiczny ruch sceniczny i dobre tempo to kolejne walory spektaklu.
Wcielając się także w inne postacie z życia wokalistki, aktorki kolejno „wychodzą na prowadzenie”, gdy opowieść kulminuje, a opresję już trudno znieść. Najlepiej widać to np. w momencie, gdy Ike Turner twierdzi, że żona na jego zęby „nadziała się przypadkiem”. Witalność, energia i artystyczna ekspansja bohaterki ustępują jej „zamrożeniu”, które aktorki oddają w sposób charakterystyczny dla reakcji ofiar brutalnej przemocy. Fizycznej przemocy na scenie jednak nie ma – pozostajemy w sferze opowieści, cyklicznie przechodzącej od lovebombingu po zimną bezwzględność. Widz musi trochę na słowo uwierzyć, że można w sobie znaleźć siłę, by wyrwać się z tego kręgu.
Przestrzeń sceniczną zakomponowano w stylu glamour: po lewej szezlong nakryty białym futerkiem, dalej łazienka – lustrzane kafelki, biel, chrom i szkło. Z prawej strony okrągły, wielofunkcyjny podest z srebrzystymi zasłonami – scena, a jednocześnie garderoba, przychodnia czy szpital, do którego trafia bohaterka pobita przez domowego oprawcę. Nad wszystkim górują wielkie białe kwiaty, symbolizujące kruchość kobiecości, która usycha i więdnie wraz z eskalacją przemocy.
Wszystko się błyszczy, połyskuje, iskrzy. Srebrne kostiumy są znakomitą wariacją na temat scenicznego wizerunku Tiny Turner. Pod tą lśniącą powłoką rzeczywistość tytułowej bohaterki jest ciemna, smutna i pełna przemocy. Znacie? No to posłuchajcie.
Teatr Polski w Bielsku-Białej