Biografia jak monodram
O książce „Marlene” Angeliki Kuźniak wydanej przez Wydawnictwo Marginesy pisze Wiesław Kowalski.
Kim była naprawdę – Marlena Dietrich? Wielką rolą, perfekcyjnie zagraną aż po finał życia? A może kimś więcej – ikoną, artystką, kobietą z krwi i kości?
W książce Marlene Angelika Kuźniak nie przedstawia linearnie życia Marleny Dietrich, lecz kreuje intymny portret kobiety sceny – i zarazem scenicznej iluzji. To nie jest biografia w tradycyjnym sensie – to dramaturgia biografii. Dietrich nie wyłania się tu jako „postać z kart historii”, lecz jako nieustająca obecność – bohaterka spektaklu, który nie ma antraktu ani jednoznacznego finału.
Kuźniak tropi ślady Dietrich z precyzją archiwistki i wrażliwością dramatopisarki. Nie rekonstruuje życiorysu – odtwarza napięcie, jakie towarzyszyło tej egzystencji. Pokazuje kobietę, która całe życie budowała postać sceniczną tak konsekwentnie, że granice między rolą a rzeczywistością w końcu przestały istnieć. To właśnie teatr – rozumiany jako forma nieustannego samokreowania – staje się dla tej opowieści zarówno językiem, jak i metaforą.
Dietrich jawi się jako artystka totalna – mistrzyni w kontrolowaniu własnego obrazu, reżyserka gestu i światła, znawczyni efektu. Każdy element jej codzienności wydaje się przemyślanym fragmentem roli: sposób, w jaki siedziała, pauza przed odpowiedzią, starannie dobrany odcień szminki. Ale pod tą idealną konstrukcją pulsuje coś głęboko ludzkiego – niepokój, osamotnienie, emocjonalna dezorientacja. Tak jak w monodramie: jedna postać na scenie, ale pełen wachlarz sprzecznych głosów w środku.
Szczególnie poruszająca – z perspektywy teatralnej – jest niemożność Dietrich wyjścia poza swoją rolę. Jej wizerunek stał się drugą skórą, a życie podporządkowane zostało mechanice spektaklu. Kiedy kurtyna opadała, nie było już miejsca na prywatność – zawsze istniała tylko kolejna odsłona publicznego „ja”. Kuźniak ukazuje tę nieustanną obecność postaci na scenie z subtelnością i empatią, ale równocześnie bez iluzji.
Nie znajdziemy tu ani mitologizacji, ani demontażu legendy. Raczej – czułe, a jednocześnie precyzyjne badanie formy, jaką Dietrich nadała własnej obecności w kulturze. Kuźniak zostawia przestrzeń na refleksję – nad samotnością osoby rozpoznawalnej wszędzie, a rozumianej rzadko. Nad kosztem, jaki ponosi artysta, który staje się ikoną.
Marlene to nie tylko książka o kobiecie, ale też o teatrze rozumianym szeroko – jako strategia przetrwania, jako narzędzie autokreacji, jako tarcza i pułapka. Czyta się ją jak dobrze skonstruowany dramat: z napięciem, ze wzruszeniem, z poczuciem, że oto ktoś opowiada nam nie o gwieździe, ale o człowieku złożonym z głosów, emocji i sprzeczności.
fot. Wydawnictwo Marginesy