Bez tytułu, ale stabilnie
O spektaklu Świadkowie, czyli nasza mała stabilizacja Tadeusza Różewicza w reż. Natalii Mazurkiewicz w Teatrze Przypadków Feralnych w Krakowie pisze Piotr Gaszczyński.
Coroczna, wakacyjna posucha teatralna wreszcie dobiegła końca. O ile w szacownych gmachach instytucjonalnych scen na pierwsze premiery przyjdzie jeszcze chwilę poczekać, o tyle mniejsze, bardziej kameralne ośrodki, jak Teatr Przypadków Feralnych, ruszają z premierami bez zbędnej zwłoki. Świadkowie, czyli nasza mała stabilizacja Tadeusza Różewicza jak ulał pasuje do tego, by przełączyć się z letniego, rozmarzonego trybu na nieco bardziej szare „ustawienia fabryczne”. Ponad 60 lat – tyle ma tekst dramatu wystawionego w Klubie Pod Jaszczurami. I choć punkt wyjścia do jego napisania może wydawać się dziś nieco odległy, to sama diagnoza relacji międzyludzkich i społecznych płynąca ze Świadków…, brzmi jak teza wygłoszona kilka dni temu.
Niewielka (naprawdę niewielka) scena TPF-u świetnie nadaje się do tego, by zobrazować, w jaki sposób „obudowujemy się” przedmiotami, powtarzanymi czynnościami, tworząc coś na kształt schronu – przed tym, co na zewnątrz, co między nami, przed sobą samym. Ona (Maria Pilch) i On (Michał Orzyłowski) tworzą przedziwną, toksyczno-romantyczną relację. Rozmowy nie prowadzące do niczego, zakupy, ubieranie, przebieranie, wspólne spędzanie czasu na tych samych obowiązkach – wszystkie te działania wypełniają ich każdy kolejny dzień. Fałszywy spokój, trzymana w pozornych ryzach rzeczywistość, co jakiś czas pęka (wspaniałe sekwencje home waterboardingu – termin wymyślony tu i teraz), bo nic tak nie symbolizuje tortur tkwienia w absurdalnej stabilności i chorej relacji, niż okazjonalne podtopienie się w małym akwarium z rybkami. Drugą drogą ucieczki z pułapki codzienności jest dla bohaterów taniec. I tańczą ładnie, ładnie tańczą, ładniusio i przez chwilę fajnie jest, tylko dziwnym trafem z głośników Bobby Fuller Four ironicznie podśpiewuje im Love’s made a fool of you.
Ważna w różewiczowskim świecie powojenna trauma w spektaklu pojawia się pod postacią historii o znęcaniu się nad małym kotem. I kiedy tak dworujemy sobie z tych naszych przywar, że Netflix & Chill, tony niepotrzebnych przedmiotów, że szybki przelew i szybka miłość, że wszystko płytkie, mające przykryć samotność i strach, to ktoś obok zabija zwierzę. A kilkaset kilometrów dalej w Buczy, nie tylko patroszy zwierzę ale i dziecko, i ciężarną, i staruszkę. Już od bardzo dawna nie było tak, by kompulsywnie budowane poczucie stabilności naprawdę przysłaniało strach przed realnym konfliktem. Nie w teorii, a w praktyce. Moment opowieści o rozgniataniu butem głowy małego kotka jest najważniejszym momentem tego przedstawienia. Przestaje być śmiesznie, zaczyna być strasznie. I niekoniecznie o kota tu chodzi.
Z informacji na temat spektaklu możemy dowiedzieć się, że ważną kwestią dla twórców przedstawienia, jego produkcji, była estetyka Wesa Andersona. I rzeczywiście widać ją w scenografii i choreografii. Geometryczność ruchów, połączona z pastelowym retro to znak rozpoznawczy reżysera Grand Budapest Hotel. Wykorzystanie tych tropów do budowy opowieści o sztuczności wydaje się być strzałem w dziesiątkę.
On, Ona i Obcy (Michał Szafarski), który dopełnia historię, jest swego rodzaju everymanem, współtworzą na scenie mikrokosmos, w którym odnajdzie się każdy z widzów. Wzięcie na warsztat Różewicza właśnie tu i teraz, gdy Ukraina walczy ponad dwa lata, świadczy o teatralnym „nosie” twórców. Codziennie da się odczuć, że niejako przyzwyczailiśmy się do tego, że gdzieś tam strzelają, w sumie niedaleko stąd, ale u nas jakoś tak spokojnie i chyba nic się nie wydarzy. Nasza własna, mała stabilizacja Anno Domini 2024.
fot. mat. teatru