Slide
previous arrow
next arrow
Bez tytułu, ale stabilnie - Teatr dla Wszystkich

Bez tytułu, ale stabilnie

Na afiszu

Bez tytułu, ale stabilnie

O spektaklu Świadkowie, czyli nasza mała stabilizacja Tadeusza Różewicza w reż. Natalii Mazurkiewicz w Teatrze Przypadków Feralnych w Krakowie pisze Piotr Gaszczyński. Coroczna, wakacyjna posucha teatralna wreszcie dobiegła końca. O ile w szacownych gmachach instytucjonalnych scen na pierwsze premiery przyjdzie jeszcze chwilę poczekać, o tyle mniejsze, bardziej kameralne ośrodki, jak Teatr Przypadków Feralnych, ruszają z premierami bez...
Opublikowano: 2024-09-08

O spektaklu Świadkowie, czyli nasza mała stabilizacja Tadeusza Różewicza w reż. Natalii Mazurkiewicz w Teatrze Przypadków Feralnych w Krakowie pisze Piotr Gaszczyński.

Coroczna, wakacyjna posucha teatralna wreszcie dobiegła końca. O ile w szacownych gmachach instytucjonalnych scen na pierwsze premiery przyjdzie jeszcze chwilę poczekać, o tyle mniejsze, bardziej kameralne ośrodki, jak Teatr Przypadków Feralnych, ruszają z premierami bez zbędnej zwłoki. Świadkowie, czyli nasza mała stabilizacja Tadeusza Różewicza jak ulał pasuje do tego, by przełączyć się z letniego, rozmarzonego trybu na nieco bardziej szare „ustawienia fabryczne”. Ponad 60 lat – tyle ma tekst dramatu wystawionego w Klubie Pod Jaszczurami. I choć punkt wyjścia do jego napisania może wydawać się dziś nieco odległy, to sama diagnoza relacji międzyludzkich i społecznych płynąca ze Świadków…, brzmi jak teza wygłoszona kilka dni temu.

Niewielka (naprawdę niewielka) scena TPF-u świetnie nadaje się do tego, by zobrazować, w jaki sposób „obudowujemy się” przedmiotami, powtarzanymi czynnościami, tworząc coś na kształt schronu – przed tym, co na zewnątrz, co między nami, przed sobą samym. Ona (Maria Pilch) i On (Michał Orzyłowski) tworzą przedziwną, toksyczno-romantyczną relację. Rozmowy nie prowadzące do niczego, zakupy, ubieranie, przebieranie, wspólne spędzanie czasu na tych samych obowiązkach – wszystkie te działania wypełniają ich każdy kolejny dzień. Fałszywy spokój, trzymana w pozornych ryzach rzeczywistość, co jakiś czas pęka (wspaniałe sekwencje home waterboardingu – termin wymyślony tu i teraz), bo nic tak nie symbolizuje tortur tkwienia w absurdalnej stabilności i chorej relacji, niż okazjonalne podtopienie się w małym akwarium z rybkami. Drugą drogą ucieczki z pułapki codzienności jest dla bohaterów taniec. I tańczą ładnie, ładnie tańczą, ładniusio i przez chwilę fajnie jest, tylko dziwnym trafem z głośników Bobby Fuller Four ironicznie podśpiewuje im Love’s made a fool of you.

Ważna w różewiczowskim świecie powojenna trauma w spektaklu pojawia się pod postacią historii o znęcaniu się nad małym kotem. I kiedy tak dworujemy sobie z tych naszych przywar, że Netflix & Chill, tony niepotrzebnych przedmiotów, że szybki przelew i szybka miłość, że wszystko płytkie, mające przykryć samotność i strach, to ktoś obok zabija zwierzę.  A kilkaset kilometrów dalej w Buczy, nie tylko patroszy zwierzę ale i dziecko, i ciężarną, i staruszkę. Już od bardzo dawna nie było tak, by kompulsywnie budowane poczucie stabilności naprawdę przysłaniało strach przed realnym konfliktem. Nie w teorii, a w praktyce. Moment opowieści o rozgniataniu butem głowy małego kotka jest najważniejszym momentem tego przedstawienia. Przestaje być śmiesznie, zaczyna być strasznie. I niekoniecznie o kota tu chodzi.

Z informacji na temat spektaklu możemy dowiedzieć się, że ważną kwestią dla twórców przedstawienia, jego produkcji, była estetyka Wesa Andersona. I rzeczywiście widać ją w scenografii i choreografii. Geometryczność ruchów, połączona z pastelowym retro to znak rozpoznawczy reżysera Grand Budapest Hotel. Wykorzystanie tych tropów do budowy opowieści o sztuczności wydaje się być strzałem w dziesiątkę.

On, Ona i Obcy (Michał Szafarski), który dopełnia historię, jest swego rodzaju everymanem, współtworzą na scenie mikrokosmos, w którym  odnajdzie się każdy z widzów. Wzięcie na warsztat Różewicza właśnie tu i teraz, gdy Ukraina walczy ponad dwa lata, świadczy o teatralnym „nosie” twórców. Codziennie da się odczuć, że niejako przyzwyczailiśmy się do tego, że gdzieś tam strzelają, w sumie niedaleko stąd, ale u nas jakoś tak spokojnie i chyba nic się nie wydarzy. Nasza własna, mała stabilizacja Anno Domini 2024.

fot. mat. teatru

Kategorie:


Cytat Dnia

„[…] idziemy do teatru i okazuje się, że literatura ze swoim porównaniem homeryckim, heksametrem, nadmiarowym nasyceniem historii bohaterami i zdarzeniami może mieć swoją sceniczną egzemplifikację, która mocniej działa na odbiorcę niż starożytny grecki epos w najlepszym tłumaczeniu”

PikWroclaw.pl o „Odysei”, reż. Małgorzata Warsicka; 27.01.2026

Newsletter

Zamów newsletter z najciekawszymi informacjami ze świata teatru i najlepszymi tekstami portalu. Bądź na bieżąco! Newslettery dostają wyłącznie członkowie społeczności naszego portalu.

W związku z bezpłatną subskrypcją zgadzam się na otrzymywanie na podany adres email informacji handlowych. Usługa zostanie uruchomiona po kliknięciu w link aktywacyjny przesłany na podany adres email.
W każdej chwili możesz zrezygnować z otrzymywania newslettera i innych informacji.

Teatr dla Wszystkich © Copyright 2026
ISSN 3071-9453
Strona stworzona przez - LOKOINVEST.PL