W dniu urodzin Artura Barcisia wracam myślami do sceny Teatru Ateneum, gdzie po raz pierwszy zobaczyłem go w Wiśniowym sadzie. Od tamtej pory towarzyszy mi w teatrze – w rolach, które nie tylko się gra, ale i zapamiętuje na zawsze.
Są aktorzy, których obecność na scenie jest jak stare, dobrze znane zdjęcie – natychmiast przenosi w przeszłość, przywołuje nie tylko obrazy, ale i emocje, zapachy, dźwięki. Artur Barciś właśnie taki jest. Gdy staje na scenie, wracają do mnie wszystkie te chwile, gdy jako widz – i nie tylko – zasiadałem w fotelu Teatru Ateneum z przekonaniem, że oto znów wydarzy się coś ważnego. Coś prawdziwego.
Z Barcisiem jest ten niezwykły paradoks: ma w sobie coś absolutnie rozpoznawalnego, niemal ikonicznego – a jednocześnie potrafi za każdym razem zaskoczyć. Kiedy grał Posła w „Trans-Atlantyku” Gombrowicza, było w nim coś więcej niż groteska, coś więcej niż inteligentna kpina z formy. Był żywy puls absurdu, ale też człowieczeństwo pod spodem tej politycznej maskarady. A z kolei w „Kasta la vista” jego Pracownik banku – z pozoru postać lekka, komediowa – odsłaniał nagle rysy samotności, zmęczenia, tęsknoty za jakimś życiem poza szklaną szybą okienka. To właśnie u Barcisia cenię najbardziej: zdolność wydobywania z postaci tego, czego często nie napisał autor.
Moje pierwsze spotkanie z nim na scenie Teatru Ateneum to Wiśniowy sad. Pojawił się w roli zawiadowcy stacji – na pozór epizod, a jednak nie sposób było oderwać od niego wzroku. Niedługo potem zobaczyłem go w Przeklętym tangu – i wtedy już wiedziałem, że mam do czynienia z aktorem niezwykłym. Pamiętam jego spojrzenie – gdzieś między uważnością a lekkim niepokojem. Jakby nie tylko grał tekst, ale czytał myśli widowni. Patrzył i słuchał. A to, jak wiadomo, największa sztuka.
Widziałem także jego reżyserskie prace. „Między łóżkami”, „Barabuum!” i „Nerwica natręctw” – spektakle perfekcyjnie wyczute w rytmie, aktorzy poprowadzeni z precyzją i czułością. Widać było, że reżyser zna tę materię od podszewki, wie, gdzie w tekście napięcie, a gdzie oddech. Że wie, kiedy puścić, a kiedy przytrzymać.
Nie da się pisać o Barcisiu, nie wspominając o jego popularnych wcieleniach z telewizji – ale nie dziś. Dziś, w dniu jego urodzin, wracam myślami do sceny. Do tego ciemnego wnętrza Ateneum, do miękkiego światła reflektorów i ciszy, która zapada, gdy wychodzi On. Zawsze trochę niepozorny. Zawsze dokładnie tam, gdzie być powinien.
Są aktorzy, których się pamięta. I są tacy, którzy zostają w tobie na stałe – nawet kiedy gasną światła. Artur Barciś należy do tych drugich.
Z życzliwością i wdzięcznością – dziękuję, Panie Arturze.
Recenzja ze spektaklu “Barabuum!” tutaj
Recenzja ze spektaklu “Nerwica natręctw” tutaj