ANKIETA DLA TWÓRCÓW I ARTYSTÓW TEATRU – Co teatr mówi o nas – a co my o teatrze w 2025 roku? – Oskar Lasota
W świecie pełnym nieustającego szumu medialnego i błyskawicznie zmieniających się trendów warto na chwilę się zatrzymać i posłuchać tych, którzy wciąż próbują mówić prawdę – o nas samych, o rzeczywistości, o kondycji człowieka we współczesnym świecie.
Teatr nie zawsze krzyczy, ale nigdy nie milczy całkowicie. Choć często pozostaje na marginesie głównego nurtu, to właśnie tam toczy się jeden z najważniejszych dialogów – o wartościach, wolności, empatii, wspólnocie i niezgodzie na bylejakość.
Inspirując się słynnym kwestionariuszem Marcela Prousta, przygotowaliśmy autorską ankietę, która pozwala zajrzeć głębiej – nie tylko w artystyczne motywacje twórców, lecz także w ich spojrzenie na współczesny teatr, jego problemy i wartości.
Na pytania Malwiny Kiepiel i Wiesława Kowalskiego odpowiada dziś Oskar Lasota – aktor Teatru Baj w Warszawie.
1. Jakie były Twoje pierwsze emocje związane z teatrem – jako widza, dziecka, ucznia? Co w teatrze poruszyło Cię po raz pierwszy?
Co ciekawe, moje pierwsze doświadczenia z teatrem były aktorskie. Stawałem na scenie, odgrywałem coś bez pełnej świadomości, czym właściwie jest teatr. Nie wiem, czy – poza stresem – dawało mi to radość. Przynosiło sukcesy i nagrody, więc satysfakcję czerpali głównie ci, którzy mnie oglądali. Uznałem wtedy, że skoro widownię to interesuje, a ja otrzymuję od niej emocjonalny zwrot, to warto się dla niej stresować.
Kiedy później zacząłem chodzić do teatru jako widz, trafiałem głównie na farsy – o romansach, zdradach i bujnym życiu dorosłych. Mało mnie to śmieszyło, bo tematy te jeszcze mnie nie dotyczyły. Przełomem był spektakl w reżyserii Pawła Miśkiewicza – Mars: Odyseja Teatru Powszechnego w Łodzi, grany w opuszczonej sali teatralnej w Hotelu Grand. To miejsce ma swoją historię i energię – wszystkim polecam się z nią zapoznać. Podczas prapremiery czułem to bardzo wyraźnie. Wiedziałem, że na ten spektakl przyszło więcej osób niż tylko ci na widowni. Myślę, że obecni byli także ci, których sylwetki potem poznałem na zajęciach z historii teatru w Akademii Teatralnej.
Wtedy zrozumiałem, że teatr nie jest tylko rozrywką – że łączy w sobie wartości realne i niedostrzegalne, które się odczuwa. To zdarzenie, którego esencja unosi się nad sceną jeszcze długo po zakończeniu spektaklu. Gęstwina emocji, która w takich chwilach wydaje się najcenniejsza.
Później przeniosłem się do Krakowa i zacząłem regularnie oglądać spektakle w Starym Teatrze. Uważam, że jego repertuar ukształtował mnie również artystycznie. Te sztuki, ta atmosfera, ten zapach – inspirują mnie do dziś. Choć byłem dojrzalszy, spektakle były dla mnie nadal trudne, więc często oglądałem je po kilka razy. Podczas spektaklu Bitwa warszawska 1920 w reżyserii Moniki Strzępki po raz pierwszy poczułem, że jestem świadomym widzem – rozumiejącym humor twórców, przeżywającym losy bohaterów, odnajdującym ich w realiach społecznych. Wtedy też zrozumiałem, że chcę być częścią tego świata. Że chcę poruszać innych tak mocno, jak poruszyli mnie aktorzy Starego Teatru.
2. Czym jest dla Ciebie teatr dzisiaj? Sztuką, misją, zawodem, ucieczką, oporem wobec świata? A może wszystkim naraz?
Na trzecim i czwartym roku Akademii Teatralnej zaczęło się dziać naprawdę dużo – stypendia, mniejsze role, pierwsze projekty. Wciąż szukałem siebie w tym artystycznym świecie. Miałem więcej pytań niż odpowiedzi, ale to mnie nie zniechęcało. Chciałem się przekonać, czy sztuka rzeczywiście daje mi satysfakcję. Przecież nie ma nic gorszego niż robienie czegoś, czego się nie kocha.
Pamiętam moment, kiedy położyłem dłoń na ogromnych drzwiach Teatru Dramatycznego w Warszawie – poczułem wtedy, jakby wszystkie moje siły nagle się ulotniły, a zaraz potem pojawiła się ich niesamowita eksplozja. Wiedziałem, że jeszcze nie znam swojej roli, ale że na pewno będę związany ze sztuką. Tak też się stało. Projekt za projektem, rola za rolą – niepokój i stres przekształciły się w twórczą ekscytację.
Kocham to, ale to jest inna miłość niż do człowieka. Nie potrafię dobrać słów, by opisać srebrzyste uczucie za sercem, gdy myślę o aktorstwie i teatrze. Wtedy moje serce bije w innym rytmie. Niektórych wartości nie da się opisać słowami.
Zaczynam rozumieć, jak funkcjonuje świat – piękny, ale też okrutny. Trudno mi się z tym pogodzić. Nikt nie ma mocy, by uszczęśliwić cały świat, ale można pomóc jednostce. Wierzę, że tym, co głoszę ze sceny i wartościami, jakich bronię, mogę coś realnie zmienić. To jest moja misja. I kiedy muszę – na przykład – zagrać historię śmierci chorego na białaczkę chłopca, wtedy wiem, jak potężna i rozdzierająca jest to odpowiedzialność. Ale też wiem, że sztuka pomaga przepracować to, co niewyrażalne.
3. Co sprawia, że wciąż chcesz tworzyć, grać, reżyserować – mimo trudności, jakie niesie dzisiejsza rzeczywistość artystyczna w Polsce?
Z każdym wejściem na scenę coraz lepiej rozumiem, jak wysoką cenę emocjonalną trzeba za to zapłacić. To artysta musi sam zdecydować, czy jest to dla niego opłacalne — nie materialnie, ale emocjonalnie i duchowo. Sztuka nie znosi kompromisów. Ma moc przekazywania energii tym, którzy ją szanują i naprawdę się w niej zanurzają.
Zawsze będą wokół tacy, którzy pochopnie oceniają, którzy nie dostrzegają w sztuce delikatności i jej głębokiego sensu. W takich momentach wracam do tego uczucia, które mnie napędza — i przypominam sobie, że nikt nie ma prawa go we mnie zgasić. Wrażliwość dziś łatwo się depta, jakby komuś zależało, żeby ją zniszczyć. A ja wierzę, że warto bronić wartości dobrego człowieczeństwa.
Kilka razy się potknąłem — czasem z nieuwagi. Najważniejsze to się podnieść i iść dalej, z podniesioną głową. Życie jest pełne barw, i właśnie w tym kolorze staram się dziś funkcjonować. Każde nowe doświadczenie to szansa na rozwój, każda rola to kolejny krok. I to daje mi ogromną satysfakcję.
4. Jakie zmiany są dziś najbardziej potrzebne w instytucjonalnym życiu teatralnym? Co powinno zostać zreformowane – i dlaczego?
Zawsze będę obrońcą młodych artystów. Uwielbiam obserwować ich proces twórczy — to właśnie w tej wrażliwości rodzą się pierwiastki przyszłych wizjonerów światowej sztuki. Czasem jednak zapomina się, że każdy z nas kiedyś zaczynał. Że każdy był kiedyś studentem bez doświadczenia.
Nic nie demotywuje młodego człowieka bardziej niż karcenie go za to, że dopiero się uczy. Oczywiście – dyscyplina pracy i zasady są niezbędne, ale można je przekazywać z szacunkiem. Partnerstwo to szansa na wzajemne uczenie się. Chciałbym, żeby powstał program finansowania, który wspierałby młodych twórców w przejściu z uczelni do świata zawodowego – np. umożliwiający realizację premiery z udziałem młodego reżysera czy aktora w każdym sezonie repertuarowym.
Taka “scena debiutów” nie kolidowałaby z planami dyrekcji, a jednocześnie nie wymuszałaby wyboru między twórcą doświadczonym a debiutantem. To inwestycja – i w młodych, i w starszych, którzy mogą odnaleźć w tym dialogu mistrz–uczeń nowe źródło inspiracji.
5. Jak oceniasz pozycję artysty teatru w Polsce w 2025 roku – zarówno w wymiarze społecznym, jak i materialnym?
To zależy od tego, jakimi wartościami się kierujesz – w życiu, na scenie, w przestrzeni publicznej. Ludzie cenią artystów, którzy naprawdę kochają to, co robią. I choć nie zawsze to wyrażają, często dają sygnał: piszą wiadomości, podchodzą na ulicy, zostawiają słowa dla obsługi teatru. Dla mnie to bardzo ważne – wiedzieć, że coś w nich poruszyliśmy.
Choć spotkania po spektaklu mnie onieśmielają – zwłaszcza po tych bardzo emocjonalnych – zawsze jestem na nie otwarty. Tworzę sztukę dla ludzi. Staram się, by była społecznie zaangażowana i by dotyczyła człowieka w najgłębszym sensie.
Najbardziej wymagający są młodzi widzowie – od razu czują, czy wierzą postaci, czy jej ufają, czy się z nią utożsamiają. Potrafią pokochać bohatera od pierwszego kroku na scenie. Nie akceptują fałszu, cenią precyzję i szaleńczą otwartość. Widzowie wiele mnie nauczyli – są ważnym współtwórcą mojej drogi.
6. Z czym w teatrze się dziś nie zgadzasz? Co budzi Twój sprzeciw lub poczucie niesmaku?
Z agresją i przyzwoleniem na nią. W tej sprawie nie wolno milczeć. Skoro zmienia się świadomość społeczna, skoro rośnie komfort pracy i znajomość praw pracowników, to teatr nie może być wyjątkiem.
Na uczelniach artystycznych zrozumiano, że można uczyć bez upokorzeń i przemocy. Dlaczego więc nadal w niektórych teatrach przymyka się oko na agresję, mobbing, przemoc słowną? Publikacje i raporty jasno pokazują, że to wciąż się zdarza. I że niektóre instytucje kultury powielają archaiczne schematy zarządzania oparte na strachu.
Tymczasem Polska się zmienia. Artystycznie, wizualnie, mentalnie. Choć ta ostatnia sfera zmienia się najwolniej – to właśnie ona ma kluczowe znaczenie. Szacunek, równość, partnerstwo to nie hasła – to narzędzia lepszej twórczości. Pracowałem w teatrach, w których relacje oparte na wzajemnym szacunku przynosiły najlepsze efekty. Teraz jest czas, by równe szanse i dobro stały się normą, nie wyjątkiem.
7. Co Cię w polskim teatrze ostatnich lat zachwyciło, dało nadzieję, zapadło w pamięć?
Ostatnie lata były dla polskiego teatru okresem niezwykle dynamicznym. Można śmiało powiedzieć, że teatr się odradza. Widać to w wolności artystycznej, w zmianach dyrekcji, w coraz odważniejszych twórcach, którzy mają odwagę mówić własnym językiem.
Zachwyca mnie odejście od bylejakości – detal zaczyna znowu mieć znaczenie. Estetyka spektakli – ich światło, muzyka, scenografia – stają się wyrafinowane i konkurencyjne w skali Europy. Czuć dbałość o metaforę, atmosferę, o spójność obrazu i dźwięku.
Jedyne, czego się obawiam, to sytuacja teatrów offowych i eksperymentalnych. Te prywatne sceny mają dziś szczególnie trudny czas – finansowanie bywa niepewne, co wpływa na jakość i ciągłość pracy. A przecież to właśnie w teatrze niezależnym często rodzi się najodważniejsze, najbardziej niebanalne myślenie o sztuce. Polska potrzebuje tej energii. Bo to ona współtworzy naszą tożsamość kulturową.
8. Jakie znaczenie mają dla Ciebie nowe technologie i media społecznościowe w kontekście twórczości teatralnej? Czy według Ciebie ułatwiają one przekaz, czy go spłycają?
Wszystko, co jest postępowe i twórcze, może wzbogacić teatr – pod warunkiem, że stosujemy to z mądrością. Dziś twórca ma nieograniczoną paletę środków wyrazu, ale to wymaga świadomego wyboru: po co? dlaczego?
Zarówno lalki teatralne, jak i sztuczna inteligencja, pojawiały się już w tysiącach spektakli. Ich obecność musi mieć sens, inaczej stają się tylko efektem, nie treścią. Miałem okazję pracować z robotami scenicznymi – także z takimi, które korzystały z Chatu GPT. W „Oskarze i Pani Róży” w Teatrze Baj i w performansie „ETERO2850” każde z tych spotkań niosło inne przesłanie, inne refleksje.
Uwielbiam eksperymentować i cenię technologię, ale jedno jest pewne: żaden, nawet najnowocześniejszy robot nie zastąpi prawdziwych ludzkich emocji. Ich nie da się wygenerować – one muszą być przeżyte. Maszyny najbardziej zazdroszczą nam właśnie tego. Więc my sami nie pozbawiajmy się tej przewagi – nie odcinajmy się od emocji, od relacji.
9. Czy uważasz, że teatr powinien zabierać głos w sprawach społecznych i politycznych? Gdzie, Twoim zdaniem, przebiega granica między sztuką a manifestem?
Performans sam w sobie wywodzi się z manifestu – więc w moim odczuciu granica między sztuką a deklaracją światopoglądową bywa płynna. Teatr powinien stawiać pytania, prowokować do myślenia, pobudzać do refleksji.
Nie jestem za tym, by sztuka dawała widzowi gotowe odpowiedzi. Żyjemy w czasach, w których ludzie często poprzestają na nagłówkach. Teatr nie może być kolejnym uproszczeniem – on powinien być procesem, zaproszeniem do wewnętrznej podróży.
Każdy ma inną wrażliwość, inne granice – dlatego nie ma jednej właściwej interpretacji. Ale jeżeli teatr milczy w sprawach, które dotyczą człowieka, to znaczy, że rezygnuje z jednej ze swoich największych sił.
10. Jakie wartości są dla Ciebie dzisiaj najważniejsze jako artysty i człowieka? Czy zmieniły się one w ostatnich latach?
Godność. Dobro. Szacunek. Otwartość.
Tymi wartościami kieruję się od zawsze – i dziś, bardziej niż kiedykolwiek, widzę, jak są potrzebne. Nie wyobrażam sobie działania wbrew sobie, robienia czegoś, co odbierze mi spokój sumienia. Muszę móc spojrzeć w lustro i wiedzieć, że jestem dobrym człowiekiem – nie idealnym, ale uczciwym.
Codziennie staram się dbać o higienę swoich myśli, bo wiem, jak łatwo dziś spotkać tych, którzy czerpią satysfakcję z tłamszenia czyjejś pasji. A ja po prostu lubię widzieć błyszczące oczy – i wiem, że pojawiają się one wtedy, gdy komuś dam dobro.
Na scenie jest podobnie. Tam wszystko się obnaża – prawda, fałsz, intencje. Dlatego staram się być uczciwy wobec siebie, partnerów i widzów. To fundament mojego zawodu.
11. W jaki sposób radzisz sobie z kryzysami twórczymi i zawodowymi? Czy masz swoje metody na odzyskiwanie siły do działania?
Każdy artysta bywa kruchy. Czasem przychodzi moment załamania, poczucie pustki. I wtedy ratunkiem jest drugi człowiek. To może być ktoś zupełnie przypadkowy – rozmówca z ulicy, widz po spektaklu, przyjaciel, rodzic. Relacje przypominają, po co to wszystko robimy.
Dla mnie ogromne znaczenie ma zespół aktorski. Tylko aktor zrozumie aktora do końca – to uniwersalne. W każdym teatrze, w którym pracowałem, znajdowali się ludzie, którzy potrafili powiedzieć mi coś ważnego – czasem pochwalić, czasem skrytykować. Ale zawsze szczerze. Cenię to ogromnie.
Szczerość to dla mnie podstawa. Zakłamywanie rzeczywistości – emocjonalnej czy zawodowej – niszczy twórczość. Dlatego w chwilach kryzysu najbardziej pomaga wspólnota. Zespół. Ludzie, którzy razem tworzą coś większego niż suma jednostek.
12. Na koniec: co chciałbyś, żeby widzowie czuli po wyjściu z Twojego spektaklu? Czego mają szukać – i co zabrać ze sobą?
Chciałbym, żeby widzowie czuli, że byli częścią czegoś prawdziwego. Że mogli się zanurzyć w ludzkim doświadczeniu – i że coś to w nich poruszyło. Zachęcam, by patrzeć uważnie – na gest, spojrzenie, ruch. Na te drobne szczegóły, które w teatrze mają ogromną wagę.
Każdy ma prawo do własnej interpretacji, do przeżywania sztuki po swojemu. Nie trzeba tego nazywać, nie trzeba się z tego tłumaczyć. Można wyjść z teatru i nic nie mówić – byle się poczuło.
Zachęcam, by przychodzić na spektakle z otwartym sercem i oczyszczoną głową – by odciąć się choć na chwilę od codzienności. Niektóre teatry oferują dziś nawet specjalne strefy wyciszenia. Warto z nich korzystać. Bo teatr to czas dla siebie – i o sobie. A jeśli widz zabierze ze sobą choćby jedno pytanie albo jedno silne uczucie – to znaczy, że sztuka zadziałała.
fot. Krzysztof Gniedziejko / zdjęcie pochodzi z sesji promującej projekt badawczy w ramach programu Perły Nauki MEiN,