W rocznicę urodzin Aliny Janowskiej-Zabłockiej wspominamy artystkę, która z niezwykłą lekkością łączyła kabaret, film i Teatr Telewizji, pozostawiając po sobie role pełne uroku, klasy i prawdy doświadczenia.
Pisząc te słowa jako redaktor naczelny portalu teatralnego, mam świadomość pewnej niepełności – nie było mi dane oglądać jej na żywo w spektaklach Teatry Syrena, z którym przez lata była związana. A jednak pozostaje dla mnie – i dla wielu widzów – postacią niezwykle bliską. Była jedną z tych aktorek, które przekraczają granice scen i mediów, stając się częścią zbiorowej pamięci.
Dla szerokiej publiczności wszystko zaczęło się od filmu “Zakazane piosenki” – jednego z najważniejszych obrazów powojennego kina. Jej wykonanie „Czerwonego jabłuszka” miało w sobie świeżość, wdzięk i autentyczność, które natychmiast uczyniły ją rozpoznawalną. Potem przyszły kolejne role filmowe i kabaretowe, w których z niezwykłą swobodą łączyła komizm z elegancją, dystans z ciepłem.
Była mistrzynią form lekkich – kabaretu, piosenki aktorskiej, ról charakterystycznych – ale nigdy nie była „tylko” aktorką komediową. Jej sztuka polegała na tym, że pod uśmiechem zawsze obecna była prawda doświadczenia. A to doświadczenie było przecież naznaczone historią: więzieniem na Pawiaku, działalnością konspiracyjną i udziałem w Powstaniu warszawskim jako łączniczki batalionu „Kiliński”. Ta biografia nie była dodatkiem – kształtowała sposób jej bycia na scenie i ekranie.
W Teatrze Telewizji Janowska pozostawiła szereg ról, które dziś warto przypominać – od „Skandalu z Zapolską” po „Wierność”. W tych realizacjach widać jej niezwykłą umiejętność budowania postaci wyrazistych, a jednocześnie głęboko ludzkich. Kamera ją lubiła – ale nie była to kwestia fotogeniczności, lecz prawdy, którą wnosiła do każdej roli.
Była także artystką estrady – nagradzaną, uwielbianą przez publiczność, wierną piosence aktorskiej. Jej „Romans otwocki” do dziś pozostaje przykładem interpretacji, w której liczy się nie tylko głos, ale przede wszystkim osobowość.
Z perspektywy czasu wyraźnie widać, że Janowska należała do pokolenia artystów, dla których zawód aktora był czymś więcej niż profesją. Był służbą – wobec widza, wspólnoty i pamięci.
Dziś, w rocznicę jej urodzin, warto wrócić do jej filmów, spektakli Teatru Telewizji i nagrań piosenek. Nie tylko po to, by wspominać, lecz także by na nowo odkryć styl grania, który łączył klasę z bezpośredniością – i który, choć zakorzeniony w innym czasie, pozostaje zaskakująco aktualny.
Bo Alina Janowska nie jest tylko częścią historii. Nadal pozostaje obecna – w spojrzeniach, gestach i intonacjach, które przetrwały. I w pamięci widzów, dla których teatr i ekran wciąż mają jej uśmiech.