Slide
previous arrow
next arrow
Kopciuszki i gwiazdy - Teatr dla Wszystkich

Kopciuszki i gwiazdy

Na afiszu

Kopciuszki i gwiazdy

O koncercie symfonicznym Orkiestry Filharmonii Narodowej pod batutą Paolo Bortolameolliego pisze Tomasz Flasiński.

Opublikowano: 2026-01-13
fot. Bartek Barczyk Photography

Ocena Recenzenta:

Dziwne, że spośród utworów granych na koncercie w Filharmonii Narodowej 9/10 stycznia (byłem na repryzie) najgorzej wypadł ten najbardziej znany. Owszem, w uwerturze do rossiniowskiego „Kopciuszka” zdarzają się (jak i w samym dziele) poważniejsze niż w typowej operze buffa tony, w tym jednak wykonaniu przez pierwszych parę minut brzmiała niczym marsz pogrzebowy. 

Orkiestra na co dzień nie grywa takiego repertuaru i oto skutki: przyciężka sekcja smyczków – główny winowajca – oraz anemiczne brzmienie klarnetu, który ma w tej partyturze kilka wielkich chwil. Honor domu ratowały świetne flecistki Małgorzata Cegielska i Joanna Gatniejewska, w sumie jednak utwór, który dobrze zagrany zaprasza niemal widzów do tańca, tu okazał się napojem mało energetycznym. Wolno sądzić, że przepadł przez to ciekawy zamysł konstrukcyjny wieczoru – „ptasie” trele smyczków i drewna miały wyraźnie zapowiadać kolejne ujęcia tematu natury, groźną głuszę lasu z dzieła Bartóka i śpiew skowronka wśród miło szumiących drzew Respighiego (z tym zdradza powinowactwa także pyszne, dumne zakończenie). Jeśli dobrze rekonstruuję koncept dyrygenta Paola Bortolameollego, to muzycy go nie udźwignęli.

Złe wrażenia zatarła w dużej mierze „Cantata profana” Beli Bartóka. To przedziwne, otoczone mgłą tajemnicy dzieło (muzykolog László Vikárius wydał akurat jego książkową egzegezę, liczącą ponad 300 stron – sic!) o ojcu, którego synowie zamienili się w jelenie, z jakiegoś powodu wyraźnie lepiej pasowało orkiestrze (niestety, klarnet znów psuł robotę). Inna sprawa, na ile udało się wniknąć w sekret utworu, który sam Bartók traktował jako swoje muzyczne credo, ale nigdy nie wyjaśnił, jak go interpretować – czy przemiana w zwierzęta to wyraz pędu do wolności, zespolenia z naturą, czy przypomnienie, że źle wychowane dzieci zejdą na manowce. W świecie współczesnym, gdzie furorę robią filmy typu „Mój brat niedźwiedź”, słuchaczom częściej przychodzi chyba do głowy wartościowanie pozytywne; wykonanie zostawiło mnie z wrażeniem odwrotnym – tenor István Horváth emanował agresją do tego stopnia, że widz miał poczucie, jakby w borze osaczało go dzikie zwierzę.. Kto nie rozumiał tekstu, w życiu by się nie domyślił, że to on miał być synem, a baryton Máté Herczeg ojcem. Pytanie, czy była to przemyślana interpretacja, czy efekt doboru solistów, bo spokojny i kulturalny Herczeg, choć o solidnym głosie, był w sumie dość bezbarwny.

W rozwikłaniu zagadki nie pomógł trzeci bohater, czyli chór. Choć nie czuję się na siłach oceniać jego węgierskiej dykcji, wydało mi się, że z przyczyn językowych nie porusza się zbyt swobodnie w tej materii muzycznej. Bartók pozostał i tym razem fascynującą enigmą; sądząc po tym, jak klaskano, utwór wywołał zaciekawienie, ale niekoniecznie entuzjazm. Co nie zmienia faktu, że świetnie pasował do programu.

Ostatecznie więc wieczór należał do słynnych poematów symfonicznych Ottorina Respighiego. Zbyt rzadko grywane „Fontanny rzymskie” to prawdziwa perła repertuaru dwudziestowiecznego, a orkiestra, rozruszawszy się, zdołała wydobyć z partytury całą jej subtelność i piękno. To muzyka lekka, ale nie mizdrząca się; zdradzałaby skojarzenia z filmową, gdyby nie fakt, że nie znajdziemy w niej grama repetytywności. Niejeden kompozytor eksploatowałby ten bezlik tematów przez trzy godziny; tu zmieniają się co kilkanaście sekund, jak jedna ulotna chwila przechodzi w drugą. Czy operujemy słowem, obrazem czy dźwiękiem, wielka to rzecz zatrzymać nieuchwytne. Respighiemu udało się chyba lepiej niż Debussy’emu, który wprowadził sam pomysł do obiegu.

Czy będzie mi poczytane za przejaw seksizmu, jeśli w opisie obu utworów Włocha sięgnę po porównania kobiece? O ile „Fontanny” przypominają czarującego i nieświadomego wywieranych wrażeń podlotka, to późniejsze o osiem lat „Pinie rzymskie” kobietę aż nazbyt świadomą swych atutów, w rezultacie podkreślającą je czasami wręcz natrętnie. Tu już można wskazać miejsca efekciarskie, fragmenty przebłyszczone i obliczone na przykucie uwagi, a podobieństwa do partytur filmowych są znacznie większe (nie bez kozery po „Pinie” sięgnął m. in. Walt Disney). Ale znajdziemy również fragmenty rzadkiej urody, choć samo dzieło wedle moich kryteriów w ogóle nie przywodzi na myśl drzew Wiecznego Miasta, lecz całkiem co innego: wariacki i niepodrabialny pośpiech lat dwudziestych, miasto-masa-maszyna. W tamtym utworze mieliśmy piękną dziewczynę – Anię z Zielonego Wzgórza świetlistą pierwszą miłością – tu mamy seksbombę w pełnej krasie i orgazm na finał: jeden z najwspanialszych wykwitów stylu, który Anglosasi zwą „pomp and circumstance”. A do tego jeszcze wcześniejsza szarża dętych (tu ustawionych w drzwiach na salę) z oczywistymi skojarzeniami militarnymi – kompozytorowi przychodził tu na myśl powrót armii konsularnej, nam prędzej „aż tu nagle z katedry zagrali trębacze!”. Respighi miał do Mussoliniego (premiera dzieła odbyła się dwa lata po marszu na Rzym) stosunek dość ambiwalentny, nie dziwi jednak, że reżim Il Duce lubił się nim chwalić.

Nie dziwi też owacja na stojąco, zwłaszcza że i orkiestra zaprezentowała się z najlepszej strony. Wyróżnijmy raz jeszcze sekcję dętych drewnianych, a także znakomitą pianistkę Agnieszkę Kopacką-Aleksandrowicz. Zwróciła moją uwagę bardzo liczna reprezentacja – zadowolonych jak wszyscy – młodzieży i dzieci na sali. Może dogrzebią się i przypomną wreszcie dorosłym, że Respighi oprócz symfonicznych obrazów Rzymu jest autorem dziewięciu nigdy niegranych w Polsce oper?

https://filharmonia.pl/repertuar/koncert-symfoniczny-483551270

Kategorie:

Cytat Dnia

„[…] idziemy do teatru i okazuje się, że literatura ze swoim porównaniem homeryckim, heksametrem, nadmiarowym nasyceniem historii bohaterami i zdarzeniami może mieć swoją sceniczną egzemplifikację, która mocniej działa na odbiorcę niż starożytny grecki epos w najlepszym tłumaczeniu”

PikWroclaw.pl o „Odysei”, reż. Małgorzata Warsicka; 27.01.2026

Newsletter

Zamów newsletter z najciekawszymi informacjami ze świata teatru i najlepszymi tekstami portalu. Bądź na bieżąco! Newslettery dostają wyłącznie członkowie społeczności naszego portalu.

W związku z bezpłatną subskrypcją zgadzam się na otrzymywanie na podany adres email informacji handlowych. Usługa zostanie uruchomiona po kliknięciu w link aktywacyjny przesłany na podany adres email.
W każdej chwili możesz zrezygnować z otrzymywania newslettera i innych informacji.

Teatr dla Wszystkich © Copyright 2026
ISSN 3071-9453
Strona stworzona przez - LOKOINVEST.PL