Nie znam powieści Davida Fostera Wallace’a i obejrzenie spektaklu Kamila Białaszka w Teatrze Narodowym tej sytuacji nie zmieniło. Ta deklaracja nie jest prowokacją ani unikaniem odpowiedzialności interpretacyjnej, lecz uczciwym postawieniem sprawy: „Niewyczerpany żart” oglądam wyłącznie jako fakt teatralny. Interesuje mnie nie to, co Wallace „napisał”, lecz to, co Białaszek zrobił na scenie – jaką zaproponował strategię adaptacyjną, jak organizuje percepcję widza i jakim językiem teatru próbuje opisać świat nadmiaru, uzależnień i kulturowej entropii.
Spektakl od pierwszych minut uderza nadprodukcją bodźców. Dźwięk, światło, obraz wideo, ruch sceniczny i choreografia funkcjonują tu na prawach równorzędnych, a czasem wręcz konkurencyjnych wobec aktora. Teatr Białaszka jest teatrem intensywności – głośnym, agresywnym, chwilami wręcz napastliwym wobec percepcji widza. Można odnieść wrażenie, że reżyser świadomie testuje granice wytrzymałości odbiorcy, wpisując go w doświadczenie przeciążenia, które – jak można się domyślać – ma być scenicznym odpowiednikiem opisywanej rzeczywistości.
Problem polega na tym, że ta strategia, choć konsekwentna, okazuje się jednowymiarowa. Intensywność nie podlega tu modulacji. Spektakl od początku do końca utrzymany jest w wysokim rejestrze ekspresji, przez co traci zdolność różnicowania znaczeń. Nadmiar staje się nie tylko tematem, lecz także metodą, która ostatecznie obraca się przeciwko sobie. Po pewnym czasie kolejne sceny przestają eskalować napięcie – zamiast tego stabilizują się w estetyce permanentnego pobudzenia.
Białaszek operuje formą silnie zapośredniczoną przez estetykę popkulturową i postinternetową: technoidalny rytm, obraz wideo jako dominujący nośnik sensu, kamera obecna na scenie, aktorzy funkcjonujący momentami bardziej jako figury performatywne niż postaci dramatyczne. Teatr staje się tu hybrydą klubu, planu filmowego i instalacji multimedialnej. To rozwiązanie samo w sobie nie jest problematyczne – przeciwnie, bywa skuteczne – jednak w „Niewyczerpanym żarcie” prowadzi do stopniowego rozmycia relacji między formą a znaczeniem.
Scenografia Julii Zawadzkiej – monumentalna, dosłowna, osadzająca akcję we wnętrzu jamy ustnej – narzuca bardzo jednoznaczną metaforykę. Organizm, uzależnienie, konsumpcja, rozpad. To obrazy czytelne, lecz pozbawione napięcia interpretacyjnego. Podobnie multimedia: zamiast otwierać nowe sensy, często jedynie wzmacniają to, co już zostało wypowiedziane innymi środkami. Kamera, zamiast komplikować perspektywę, staje się kolejnym narzędziem intensyfikacji.