Kiedy teatr staje się areną polityki, to zawsze kończy się tym samym: milkną światła rampy, a w centrum sceny zostaje tylko cień. Dziś ten cień pada na Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach – jedną z najważniejszych scen dramatycznych w Polsce, o której na naszym portalu piszemy od miesięcy.
Od lutego obserwujemy tę historię jak tragikomedię w kilku aktach: konkurs, zwycięzca, brak nominacji, drugi konkurs, uchylenie decyzji, sąd, prokuratura, pełnomocnik, a teraz – finałowy zwrot akcji – propozycja minister kultury Marty Cienkowskiej: państwowy teatr narodowy w Kielcach.
Z pozoru brzmi to jak happy end. Wreszcie ktoś mówi „dość” i wyciąga rękę, by zakończyć impas. Wreszcie ktoś chce, by teatr żył, by aktorzy mieli stabilność, a widzowie – repertuar. Ale jeśli dobrze znamy teatr (a przecież znamy), to wiemy, że to dopiero początek nowego dramatu.
Teatr w klinczu
Od miesięcy relacjonowaliśmy, jak zarząd województwa zablokował objęcie stanowiska przez Jacka Jabrzyka – reżysera z dorobkiem, zwycięzcę legalnego konkursu, popartego przez zespół i środowisko teatralne. Sąd administracyjny potwierdził, że nie było podstaw do ogłoszenia nowej procedury. Prokuratura bada, czy doszło do zaniechań. A teatr – choć cały czas gra – stał się sceną prawniczych argumentów, konferencji prasowych i facebookowych oświadczeń.
Trudno dziwić się, że minister Cienkowska straciła cierpliwość. Trudno też nie zauważyć, że jej propozycja ma w sobie wymiar symboliczny: „jeśli samorząd nie potrafi dbać o kulturę, niech zrobi to państwo”. To mocne zdanie. Ale też ryzykowne.
„Państwowy” – czyli czyj?
Bo teatr państwowy to nie tylko prestiż, większy budżet i nowe tytuły na plakacie. To także nowy porządek władzy, nowe mechanizmy, nowe oczekiwania. Czy Kielce są gotowe na scenę narodową? Czy nie stracą w tym procesie lokalnego charakteru, tej wyjątkowej tożsamości, o której tyle razy pisaliśmy – o teatrze zakorzenionym w regionie, w swojej publiczności, w historii miasta?
Na naszych łamach przypominaliśmy wielokrotnie, że siła Teatru im. Żeromskiego polegała właśnie na jego społecznym znaczeniu – był głosem Kielc, nie Warszawy. A teraz może się okazać, że ten głos zostanie wchłonięty przez centralny ton ministerialnej orkiestry.
Między polityką a sceną
Minister mówi, że kultura nie powinna być polityczna. I ma rację. Ale przecież już sam fakt, że musi to powiedzieć, jest dowodem, że jest. Bo trudno dziś znaleźć w Polsce teatr, który nie byłby w jakiś sposób polityczny – choćby przez to, kto podpisuje jego umowę, kto przyznaje dotację, kto zatwierdza program.
Zarząd województwa i ministerstwo przerzucają się argumentami, a w tle stoją aktorzy, technicy, widzowie. Czekają. A przecież teatr to sztuka obecności – nie można go „zawiesić” jak urzędowego wniosku.
Żeromski znów aktualny
W całym tym zamieszaniu jest coś niezwykle ironicznego. Teatr imienia Stefana Żeromskiego – autora, który przez całe życie pisał o Polsce rozdartej, o sporach elit, o niemożności porozumienia – dziś sam staje się bohaterem takiej właśnie opowieści. Gdyby Żeromski żył, pewnie napisałby dramat pt. „Dyrektor”, z podtytułem: „Wojna o kulturę”.
Na koniec – pytanie
Nie sposób nie docenić odwagi minister Cienkowskiej. Jej decyzja jest bezprecedensowa – żaden z poprzednich ministrów nie sięgał po tak radykalne rozwiązanie. Ale zanim zaczniemy świętować narodziny kolejne sceny narodowej, warto zapytać: czy to naprawdę ratunek dla teatru, czy tylko zmiana reżysera w tym samym spektaklu?
Bo jeśli nie rozwiążemy problemu u źródła – czyli braku zaufania między władzą a środowiskiem kultury – to nawet najpiękniejsze słowa o „stabilności” pozostaną tylko didaskaliami.
Teatr dla wszystkich od początku opowiada się po stronie teatru – nie jakichkolwiek urzędów. Po stronie zespołu, widzów i idei, że scena to nie partyjna mównica, lecz wspólna przestrzeń sensu. A zatem – niech ten spór skończy się wreszcie przedstawieniem, na które wszyscy czekamy: takim, w którym kultura wygrywa z polityką.
Od redakcji:
Od miesięcy śledzimy sprawę kieleckiego teatru z przekonaniem, że nie chodzi w niej tylko o jeden konkurs czy jedną instytucję, ale o fundamentalne pytanie: komu dziś naprawdę zależy na teatrze?
Bo teatr, który nie ma dyrektora, ale ma serce – w postaci zespołu i publiczności – zasługuje na coś więcej niż przedłużające się postępowania, komunikaty i polityczne przepychanki.
Jeśli decyzja o przejęciu Teatru im. Stefana Żeromskiego przez ministerstwo ma przynieść realną stabilizację – niech tak będzie. Ale jeśli stanie się tylko kolejnym narzędziem w walce o wpływy, to stracimy nie tylko scenę, lecz i zaufanie do tego, że kultura w Polsce może być wspólna, a nie czyjaś.
Teatr dla wszystkich – jak zawsze – pozostaje po stronie teatru. Po stronie artystów, pracowników i widzów, dla których ta scena jest ważna. Bo kultura nie potrzebuje „nowych właścicieli”. Potrzebuje ludzi, którzy będą jej wierni – niezależnie od tego, kto akurat podpisuje nominacje.
Głos w sprawie zabrała także pełnomocniczka teatru, Luiza Buras-Sokół, która pozytywnie oceniła propozycję minister kultury dotyczącą przejęcia Teatru im. Stefana Żeromskiego przez resort. Jak podkreśliła, zespół z „wdzięcznością” przyjął ten gest, widząc w nim szansę na zakończenie wielomiesięcznego impasu i przywrócenie stabilności scenie.
To ważny głos – bo płynie z samego środka teatru. Oby tym razem deklaracje o „nowym otwarciu” przełożyły się na realną codzienność artystów, a nie na kolejną odsłonę sporu o to, kto ma prawo mówić w imieniu kultury.