Miłostki i lęki przed nimi, terapia jako odpowiedź na wszystko (a raczej na nic) oraz nieustanny pęd za sukcesem wyznaczają główne linie dramaturgiczne najnowszego spektaklu Michała Sufina. Pomimo obecności kilku naprawdę udanych momentów, nadmiar dowcipów osłabia możliwość pełnego rozwinięcia tematów, które w swojej istocie są interesujące i warte pogłębionej refleksji.
Poczucie humoru w „Jak osiągnąć sukces…” jawi się jako w pełni subiektywne doświadczenie – reakcje publiczności były różnorodne: od głośnego śmiechu, przez dyskretne uśmiechy, po całkowitą obojętność. Osobiście poczułam się nieco przesycona. Nie sposób jednak odmówić Michałowi Sufinowi błyskotliwych momentów – wśród licznych gagów trafiają się prawdziwie świeże i celne żarty, choć wiele z nich pozostaje wariacjami na temat dobrze znanych haseł i odniesień obecnych w mediach społecznościowych.
Kumulacja gagów bywa problematyczna – momentami odnosi się wrażenie, że ogląda się kompilację krótkich, śmiesznych filmików, co wywołuje poczucie nadmiaru i przebodźcowania, dobrze znane z doświadczeń cyfrowych. Konwencja „żart za żartem” dość szybko traci dzięki temu swoją początkową świeżość i intrygującą moc.
Spektakl, mimo pozornie prostej konstrukcji – Gustaw (Mateusz Lisiecki-Waligórski) odwiedza gabinet psychoterapeutki (Monika Janik-Hussakowska), by zwierzyć się ze swoich miłosnych niepowodzeń, a wizyty przeplatają się z opowieściami o zdradach, problematycznych relacjach, „red flagach”, niespełnionych ambicjach zawodowych, upadłych aktorkach i językowych zawiłościach (m.in. alternatywna wersja celebryckich walk w klatkach) – staje się niespójny. Całość przypomina raczej zbiór anegdot niż spójną narrację; brak organicznych łączników między scenami sprawia, że poszczególne epizody funkcjonują niemal jak autonomiczne etiudy.
Paradoksalnie, „Jak osiągnąć sukces…” najlepiej wypada, gdy karuzela śmiechu zostaje spowolniona, a zespół aktorski ma okazję pokazać coś więcej niż standardowe sposoby rozbawiania publiczności. Aktorom nie można odmówić technicznej sprawności scenicznej, jednak powtarzalność grymasów, gagów i przerysowanych kreacji prowadzi do utraty dramaturgicznego napięcia, osłabiając rytm spektaklu i ograniczając możliwość pełniejszego zaangażowania widza w opowieść.
Najbardziej sugestywne momenty spektaklu pojawiają się w scenach lirycznych, gdzie tempo komediowe ulega spowolnieniu, a narracja nabiera głębszego wymiaru emocjonalnego. Piosenki, starannie skomponowane i wykonane, łączą funkcję rozrywkową z możliwością wzruszenia widza, tworząc swoisty kontrapunkt wobec przerysowanej komedii. Występ Bartłomieja Magdziarza, recytującego list do córki, ujawnia ten potencjał w pełni: mimo że fragment wywołuje sporadyczne chichoty, jego treść niesie ze sobą poważny, bolesny wymiar, wprowadzając refleksję i nadając przedstawieniu dodatkową warstwę dramatyczną.
Takich momentów, w których poważniejsze treści przebijały się spod potoku żartów, było więcej. W epizodzie z Testerką Wierności (Maria Witkowska) ujawnia się refleksja, że często większym wyzwaniem jest wierność sobie niż innym; w scenie z porzuconą Muzą (Weronika Humaj) ukazana zostaje dramatyczna walka z chałturą i zawodowymi kompromisami; natomiast wykład Mateusza Lewandowskiego, wcielającego się w postać „eksperta od miłości”, pozwala dostrzec subtelniejsze aspekty komizmu i liryki. Te epizody pokazują, że na scenie stoją zdolni aktorzy, którzy wcale nie potrzebują osłony w postaci nieustannej satyry, aby oddziaływać na widza. Paradoksalnie, spektakl nie jest zły – posiada potencjał do głębszego oddziaływania, lecz sam sobie przeszkadza być lepszym.
Uwaga poza protokołem: Rozumiem luźną konwencję Klubu Komediowego, ale warto rozważyć kwestię alkoholu na widowni. Zachowanie osób nietrzeźwych negatywnie wpływało na odbiór spektaklu. Pomimo że regulamin przewiduje prawo obsługi do wyproszenia widzów zakłócających przebieg wydarzenia, przy okazji premiery z tego prawa nie skorzystano.
https://komediowy.pl/