Muzyka Miuosha jest jak echo kopalni: industrialna, rytmiczna, szorstka. Wypełnia przestrzeń, jakby chciała przywrócić pamięć miejscom, które znikają pod nowoczesnym miastem. Momentami dźwięk dosłownie wbija w fotel, a potem nagle cichnie – jakby ktoś wstrzymał oddech.
Nie ma tu łatwych emocji. „Pokora” to teatr, który boli. Widz siedzi w ciszy, bo trudno cokolwiek powiedzieć. Z jednej strony – zachwyt nad formą, precyzją, dyscypliną aktorów. Z drugiej – ciężar, który zostaje po spektaklu, gdy wychodzi się w nocne centrum Warszawy i czuje, że historia wciąż nie daje spokoju.
W przedstawieniu Talarczyka fascynuje mnie to, że nie ma jednej prawdy. Śląsk nie jest tu ani ofiarą, ani bohaterem. To przestrzeń pomiędzy – jak sam Alois Pokora, który nie pasuje do żadnego świata. Reżyser nie buduje pomnika, tylko otwiera ranę.
Zespół Teatru Śląskiego tworzy rzadko dziś spotkaną jedność. Obok Simona znakomite kreacje tworzą Agnieszka Radzikowska (Matka – bolesna i cicha) oraz Dariusz Chojnacki i Michał Piotrowski – ekspresyjni, z ironią, która chwilami ratuje ten świat przed całkowitym mrokiem.
Wieczór w Teatrze Studio pokazał, że Pokora wciąż dojrzewa. To nie spektakl, który się starzeje – to przedstawienie, które z każdym rokiem nabiera głębi. Dla mnie był to teatr totalny: emocjonalny, muzyczny, cielesny. I choć dawno żaden spektakl nie zostawił mnie w takiej ciszy po zakończeniu, wiem, że właśnie o to chodziło.
Bo „Pokora” to nie tylko opowieść o człowieku z pogranicza. To pytanie o to, co zostaje, gdy odebrano nam język, dom i prawo do własnej historii.
https://teatrslaski.art.pl/repertuar/pokora/