Spektakl Ariadny na Naxos Richarda Straussa w Operze Krakowskiej miał być wydarzeniem artystycznym – kulturalną kulminacją owocnej koprodukcji i świętem dla melomanów. Tymczasem stał się areną społecznego protestu. Zakłócenie przedstawienia przez grupę aktywistów propalestyńskich pokazało z całą mocą, że sztuka – niezależnie od intencji twórców – nie istnieje w próżni. Dziś żadna instytucja kultury nie może funkcjonować poza kontekstem politycznym, a każde działanie – nawet to planowane na długo przed dramatycznymi wydarzeniami – może zostać poddane etycznej ocenie.
Pytanie, które musimy sobie postawić, nie dotyczy jedynie słuszności protestu. Istotniejsze jest, czy teatr – opera, scena muzyczna, przestrzeń artystyczna – może być jeszcze miejscem „neutralnym”. I czy ma w ogóle sens próba takiej neutralności w czasach, gdy moralna wrażliwość publiczności gwałtownie rośnie.
Teatr nie jest wyspą
Nie ma dziś już wątpliwości, że teatr, opera, szerzej – kultura – są przestrzeniami społecznie uwikłanymi. Każde zaproszenie zagranicznego artysty, każda koprodukcja, każda instytucjonalna współpraca niesie ze sobą nie tylko artystyczne, ale i polityczne konsekwencje. Współpraca z izraelską Operą w Tel Awiwie-Jafie, choć rozpoczęta przed eskalacją wojny w Strefie Gazy, w obecnych warunkach staje się dla wielu widzów gestem problematycznym.
Opera Krakowska tłumaczy się jasno: decyzje zapadły wcześniej, miały charakter wyłącznie artystyczny, a intencją było otwarcie na współpracę, wymianę doświadczeń i racjonalne gospodarowanie środkami. Trudno odmówić logiki tym argumentom. Jednocześnie nie sposób nie zauważyć, że współczesny widz oczekuje dziś od instytucji kultury więcej niż tylko jakości estetycznej. Oczekuje etycznej refleksji i świadomości społecznej. To, co jeszcze dekadę temu uchodziło za „naturalny porządek rzeczy”, dziś może zostać uznane za akt ignorancji.
Protest – forma i granica
Niedzielny protest podczas Ariadny na Naxos był radykalny – celowy, zaplanowany, mający za zadanie przerwać spektakl i skierować uwagę publiczności na kwestie związane z okupacją Palestyny. Trudno ocenić go wyłącznie w kategoriach zakłócenia porządku publicznego. Dla protestujących była to jedyna dostępna forma ekspresji – silny, symboliczny gest sprzeciwu wobec normalizowania sytuacji, którą uważają za niedopuszczalną moralnie.
Jako człowiek tetaru z doświadczeniem i szacunkiem dla artystycznego rytuału, muszę jednak powiedzieć jasno: przerywanie spektaklu nie jest formą, którą można pochwalać bez zastrzeżeń. Jest to zawsze ingerencja w akt twórczy – w delikatny kontrakt zawarty pomiędzy artystami a widownią. To naruszenie przestrzeni, która ma służyć skupieniu, refleksji, przeżyciu. Nawet jeśli protest niesie ważne przesłanie, sposób jego przeprowadzenia może skutecznie przesłonić samą treść. Prowokacja, choć skuteczna medialnie, bywa jałowa w długofalowej perspektywie dialogu społecznego.
Sztuka a odpowiedzialność
Mimo to, trudno nie przyznać, że zdarzenie to stawia przed środowiskiem artystycznym ważne pytania. Czy można dziś planować koprodukcje bez analizy kontekstu politycznego? Czy instytucje kultury powinny być całkowicie „niewinne”, czy raczej świadome ryzyka, jakie niesie międzynarodowe partnerstwo?
Przypadek Opery Krakowskiej nie jest odosobniony. W ostatnich miesiącach obserwujemy liczne przesunięcia premier, odwoływanie pokazów, zerwanie umów – wszystko w obawie przed kontrowersjami. To pokazuje, że społeczna odpowiedzialność instytucji kultury staje się dziś standardem, a nie tylko kwestią dobrej woli.
Z drugiej strony – nie możemy oczekiwać od dyrektorów teatrów czy oper absolutnej zdolności przewidywania politycznych turbulencji. Żyjemy w rzeczywistości zmiennej, naznaczonej niepewnością i eskalacją konfliktów. Sztuka nie może brać odpowiedzialności za całe zło świata, ale nie może też być ślepa na jego cierpienie.
Co nam pozostaje?
Może zamiast szukać jednoznacznych odpowiedzi, warto uznać złożoność tej sytuacji. Protest był wyrazem bólu, sprzeciwu i desperacji. Spektakl był efektem wielomiesięcznej pracy, planowania i artystycznej pasji. Obie strony miały swoje racje – i obie straciły na tym spotkaniu.
To, co powinno wynikać z tej sytuacji, to większa ostrożność w planowaniu, ale też większa otwartość na rozmowę. Jeśli sztuka ma dziś łączyć – jak twierdzi dyrekcja Opery Krakowskiej – to nie przez ignorowanie kontekstu, ale przez mądrą, wrażliwą obecność w rzeczywistości.
Bo teatr – również ten operowy – nie jest wieżą z kości słoniowej. Jest żywą tkanką społeczną. A skoro tak, musi być gotów na niepokój, konfrontację i odpowiedzialność. Nawet jeśli to boli.
https://opera.krakow.pl/