„Grupa krwi” to dramat, który stawia pytania o naszą tożsamość – kim jesteśmy, co dziedziczymy i co świadomie lub nieświadomie przekazujemy dalej. Warszawska premiera na Scenie 61 Teatru Ateneum staje się momentem, w którym tekst Anny Wakulik zyskuje nową intensywność – dzięki świadomej reżyserii Wojciecha Urbańskiego i znakomitemu aktorstwu.
W realizacji Wojciecha Urbańskiego otrzymujemy spektakl, który nie poprzestaje na powierzchownej warstwie tekstu. To pogłębiona analiza rodzinnych tajemnic i historycznych zaszłości, które odciskają piętno na teraźniejszości. Punktem wyjścia jest pismo sądowe w sprawie spadku, które zmusza do spotkania dwie pary rodzeństwa o zupełnie odmiennym statusie społecznym. Dworek pod Warszawą staje się przestrzenią, w której dochodzi do zderzenia z nieznanym dotąd dziedzictwem – spadkobiercami z „nieprawego łoża” pradziadka.
Urbański wprowadza nas w świat, który operuje nie tylko psychologicznym realizmem, ale także subtelnym pierwiastkiem realizmu magicznego. Jedność miejsca, czasu i akcji służy koncentracji dramaturgicznej – zamknięta przestrzeń, ograniczona liczba bohaterów, napięcie rosnące od pierwszych scen. Scenografia Justyny Elminowskiej, światła Pauliny Góral i projekcje Stanisława Zalewskiego tworzą sugestywną przestrzeń znaczeń, w której przeszłość i teraźniejszość przenikają się na poziomie zarówno symbolicznym, jak i emocjonalnym.
Na szczególne uznanie zasługuje aktorstwo. Emilia Komarnicka, Olga Sarzyńska, Łukasz Lewandowski i Dariusz Wnuk kreują postaci złożone, wielowymiarowe, pełne napięcia i sprzeczności. Każdy gest, spojrzenie i pauza niosą znaczenie. Aktorzy nie grają typów społecznych – to bohaterowie z historią, motywacją i indywidualnym rytmem emocjonalnym. Kameralna przestrzeń Sceny 61 sprzyja tej intensywności – ogranicza zbędne gesty, uwypukla napięcia wewnętrzne.
Warto podkreślić obecność elementu nowego, którego nie było w poprzednich realizacjach – wyśpiewany, poetycki finał. To symboliczna pieśń rozliczenia, która nadaje całości wymiar oczyszczenia, a może i delikatnej nadziei. Ten zabieg wprowadza dodatkową głębię – nie zamyka spektaklu, lecz pozostawia w widzu czuły rezonans, który stopniowo odsłania sensy nieoczywiste.
Porównując warszawską realizację z dwiema wcześniejszymi – w Słupsku (reż. Maciej Gorczyński) i Częstochowie (reż. Agata Biziuk) – wyraźnie widać różnice nie tylko w estetyce, ale także w rozumieniu dramaturgii.
W Słupsku dominowała oszczędność środków i naturalistyczna tonacja. Mikroporty (duża scena) pozwoliły aktorom na intymność i niuans, ale w niektórych momentach emocjonalny potencjał tekstu był jedynie zaznaczony, nie do końca rozwinięty. Inscenizacja Macieja Gorczyńskiego działała na zasadzie zawieszenia i subtelności – jednak miejscami zbyt zachowawczej.
Z kolei Agata Biziuk w Częstochowie postawiła na odrealnienie, intensywny ruch sceniczny i wyraziste środki formalne. Choć koncepcja ta wprowadzała napięcia, chwilami forma zaczynała dominować nad treścią. Multimedialność i choreograficzne rozwiązania, mimo potencjału, nie zawsze służyły autentyczności relacji między bohaterami. Postaci bywały traktowane schematycznie – jako nośniki idei społecznych, a nie jako pełnoprawne jednostki.
Na tym tle warszawska realizacja Wojciecha Urbańskiego wyróżnia się jako najbardziej zrównoważona i konsekwentna. Po pierwsze: każda z postaci ma indywidualną psychologię, wyraźnie zarysowane wewnętrzne konflikty i życiorys emocjonalny. Po drugie: kameralna scena sprzyja intymności i koncentracji. Po trzecie: środki inscenizacyjne są precyzyjnie dobrane – nie dominują nad grą, ale ją wspierają. Po czwarte – i być może najważniejsze: pojawia się wyśpiewany finał, którego nie było wcześniej. Pieśń, która kończy spektakl, jest czymś więcej niż zabiegiem estetycznym – to punkt kulminacyjny emocjonalny i symboliczny. Zamyka dramat w tonacji metafizycznej i dodaje mu wymiaru uniwersalnego.
„Grupa krwi” to dramat, który w rękach Wojciecha Urbańskiego zyskuje pełnię – staje się nie tylko opowieścią o rodzinie i klasowych podziałach, ale również egzystencjalnym pytaniem o to, co nas naprawdę definiuje. Reżyser, w porozumieniu z autorką, unika moralizatorstwa, stawiając raczej pytania niż formułując odpowiedzi.
Spektakl nie kończy się konkluzją, lecz otwarciem – na refleksję, na niepokój, na możliwość pojednania. Widz wychodzi z pytaniami: Czy nasze pochodzenie musi determinować to, kim jesteśmy i jak układa się nasze życie? Czy możliwe jest pojednanie ponad dziedziczoną krzywdą? I wreszcie – czy przeszłość musi nas dzielić, czy może stać się punktem wspólnym?
https://teatrateneum.pl/?p=59590