Ostrowski zamiast Przybylskiego – zmiana, ale nie strata
W przedstawieniu, które widziałem, Marcina Przybylskiego zastąpił Mariusz Ostrowski (aktorzy grają na zmianę). Choć Przybylski jest znany z wyrazistych wcieleń i efektownych transformacji, Ostrowski nie próbuje go naśladować – i wychodzi to spektaklowi na dobre. Wybiera ostre, ale pełne subtelności środki wyrazu, gra bardziej „od wewnątrz”, rezygnując z przejaskrawionych, ekspresyjnych przerysowań. Jego Mussolini, Ojciec, Kardynał czy Impresario są nie tyle typami, co cieniem epoki – bardziej widmem niż konkretem. To dobre, aktorsko spójne i przemyślane wejście w konwencję, gdzie postać staje się znakiem.
Muzyka, czyli lusterko historii
Pod względem muzycznym „Aniołki Mussoliniego” są kontynuacją linii estetycznej znanej z poprzednich spektakli Czuja. Marcin Partyka proponuje swingowe, jazzujące aranżacje, w których kryje się jednak niepokój – coś jakby zgrzyt spod eleganckiej powierzchni. To muzyka z epoki, ale bez nostalgii. Stylizowana, ale pozbawiona sztucznego upiększania. Songi – zarówno oryginalne utwory z repertuaru Lescano, jak i współczesne stylizacje autorstwa Michała Chludzińskiego – mają charakter hybrydowy – są opowieścią, komentarzem, wspomnieniem i oskarżeniem.
Zespół instrumentalny gra na żywo, co dodaje spektaklowi autentyzmu. Wokalnie trio Lescano prezentuje imponującą precyzję – harmonie są czyste, spójne, z zachowaniem stylu epoki, ale nie „naśladowcze”. To wokalne aktorstwo na wysokim poziomie, bez efekciarstwa.
Z Czuja nie schodzi kurz – i dobrze
Jak w wielu wcześniejszych pracach reżysera, także tu Czuj flirtuje z poetyką kabaretu i moralitetu. Jego teatr nie opowiada linearnie – raczej przeprowadza widza przez pęknięcia pamięci i kontrapunkty emocji. Struktura spektaklu jest modularna – scena-song-scenka. Czasem ten rytm traci impet, dramaturgia się rozluźnia, ale forma się broni – bo służy tematowi. Nie mamy tu pogłębionych portretów psychologicznych – mamy raczej silne rysy postaci uwięzionych w formie estradowego czyśćca scenicznego.
To teatr stylu i nastroju. Czuj rezygnuje z dosłowności, zostawia miejsce na pytanie: co dziś zrobilibyśmy na ich miejscu? I co zrobiła sztuka, gdy władza domagała się śpiewu?
Nie ma tu emocjonalnego rozmachu „Mistrza i Małgorzaty” czy „Poli Negri” z Torunia (i dobrze), nie ma też perwersyjnego błysku „Sofii de Magico”, ale jest dojrzałość, wyważenie i teatralna precyzja. Czuj rezygnuje z szaleństwa na rzecz refleksji, z efektu na rzecz konsekwencji. To już nie teatr zadziwienia, ale teatr zadawania pytań.
Dobry teatr z cieniem
„Aniołki Mussoliniego” to nie jest spektakl przełomowy – ale na pewno dojrzały. Może nie bawi z rozmachem „Nowego Jorku”, nie wzbudza niepokoju jak „Berlin czwarta rano”, ale zostawia widza z refleksją – i to niełatwą.
Czy da się odseparować talent od odpowiedzialności? Czy śpiew można uznać za kolaborację? Co znaczy sukces, gdy wokół panuje zło?
https://www.teatrroma.pl/