„Malexander” to opowieść o tym, jak łatwo stracić kontrolę nad własną wizją. I że zło jest zaraźliwe – a odporności na mroki duszy i umysłu nie mają nawet, a może przede wszystkim, ci, którzy próbują je leczyć.
Wąski pas sceny sprawia, że widzowie niemal na nią wchodzą, a aktorzy są o krok od przeniknięcia w widownię. Ta fizyczna bliskość nie jest przypadkowa – „Malexander” to spektakl o tym, że granica między sztuką a rzeczywistością okazuje się niebezpiecznie cienka. A wręcz: że te światy przenikają się, są jak naczynia połączone.
W tym przypadku to połączenie ujawnia się w najbrutalniejszy sposób. Rafał Sabara i Przemysław Wasilkowski opowiadają historię szwedzkiego dramaturga Larsa Noréna, który w latach 90. zrealizował więzienny projekt teatralny z udziałem skazanych. Dwóch z nich było wyznawcami narodowego socjalizmu. Cel – resocjalizacja przez sztukę. Finał – katastrofalny. Nawrócenie nie nadchodzi, a dwaj aktorzy-więźniowie biorą udział w morderstwie policjantów w Malexander.
Scenografia Agnieszki Gaździńskiej-Łapińskiej buduje klaustrofobiczną przestrzeń, która doskonale odzwierciedla mechanizm zamknięcia – zarówno fizycznego, jak i mentalnego. W ciasnym świecie łatwo o zainfekowanie złem, o utratę dystansu, o pozorną bliskość i narcystyczne złudzenie, że „mam moc, by kogoś zmienić”. Muzyka aranżowana na żywo przez zespół aktorski potęguje napięcie, jakby sama stawała się więźniem tej opowieści.
Jedną z jej głównych bohaterek jest nienawiść, która idzie ramię w ramię z konkretną ideologią. Na słowo „nazizm” musimy chwilę poczekać, ale i tak czuć je w powietrzu. Agresywną niechęcią emanują zaciśnięte pięści i nabrzmiałe mięśnie Matsa i Tony’ego. Carl zapewne byłby równie nabuzowany, gdyby nie był kukłą.
Kontekst skrajnej ideologii ujawnia się stopniowo, co czyni go jeszcze bardziej niepokojącym. Karolina Adamczyk, Artur Krajewski, Mateusz Łasowski, Rafał Sabara i Zofia Wysocka tworzą ensemble, w którym każdy nosi w sobie zarodek potencjalnej przemocy. Banalność zła – jak pisała Hannah Arendt – polega na tym, że przychodzi w zwyczajnych, ludzkich kształtach.
Tak jak Stanfordzki eksperyment więzienny – projekt badawczy Philipa Zimbardo z 1971 roku – tak i projekt teatralny Noréna wymknął się spod kontroli, ale i dostarczył kolejnych tropów na temat natury ludzkiej.
Czy Lars Norén, dając głos więziennym nazistom, chciał zmienić coś lub kogoś, czy może zaspokoić własną ciekawość i artystyczne ambicje? Gdzie kończy się naiwna wiara w siłę sztuki, a zaczyna narcystyczna potrzeba eksperymentowania z drugim człowiekiem?
Ciekawie w „Malexander” twórcy pokazują mechanizm uwikłania. Ze zła trudno się wycofać – zwłaszcza gdy staje się częścią wizji artystycznej. Producentka (i zapewne nie tylko ona) wie, że zespół zmierza w złym kierunku, ale nie może zrobić kroku w tył. Zło okazuje się elastyczne, adaptuje się, infekuje kolejne osoby. Zmienia formy, potrafi się kamuflować, by przejąć główną rolę w najmniej oczekiwanym momencie. I w tym tkwi jego siła.
https://www.watkisztuki.art/