Być może największym paradoksem Zbigniewa Zapasiewicza – aktora, pedagoga, reżysera i myśliciela teatru – było to, że w epoce narastającego ekshibicjonizmu artystycznego potrafił poruszać widzów do głębi, nie pokazując siebie. A przynajmniej nie tego “siebie”, który dominuje dziś na scenach: rozedrganego, emocjonalnie rozlanego, spontanicznie „prawdziwego”. Zapasiewicz był z innej gliny. Mówił o emocji „wybranej”, o konstrukcji, o rzemiośle. I rzeczywiście – w jego aktorstwie nie było przypadków. Była natomiast precyzja, dźwięczność myśli i nieustanny dialog z literaturą.
Miałem szczęście – bo nie inaczej to można nazwać – widzieć go wielokrotnie na scenie. I zawsze, mimo pozornej surowości jego środków, potrafił przejąć, poruszyć, zatrzymać w czasie. W “Naszym mieście” Wildera, gdzie grał Reżysera – wcielenie samego teatru – nie zdominował sceny, lecz ją organizował. Był punktem odniesienia, źródłem skupienia, kimś, kto staje ponad akcją, ale nie po to, by się od niej dystansować – przeciwnie – by nadać jej głębię.
W “Tangu” Mrożka jako Stomil – zniszczony intelektualista, postać groteskowa i tragiczna zarazem – wprowadzał niezwykłą ambiwalencję. Był przecież świetnie rozpoznawalnym typem: ojcem-rozbitkiem, artystą zgasłym, rezygnującym z zasad. Ale Zapasiewicz nie pozwalał nam z niego drwić. Nie odgrywał ideologii Mrożka, tylko ją przetwarzał – czynił z niej wehikuł opowieści o kryzysie myślenia.
Z kolei w “Semiramidzie” Wojtyszki, jako Diderot, stworzył jedną z najciekawszych teatralnych kreacji filozofa. Był to Zapasiewicz-filozof nie tylko z tekstu, ale z ducha. Patrząc na jego Diderota – przekornego, żywego, skrzącego się ironią – można było odnieść wrażenie, że sam aktor uprawia filozofię na scenie. Że mówi nie tylko kwestie, lecz własne przemyślenia o świecie, o człowieku, o teatrze.
Równie fascynujący był jego Ambasador w sztuce Mrożka – postać niby zimna, dyplomatyczna, ale podszyta wewnętrzną ironią, graną na ledwo wyczuwalnej nucie. To był mistrzowski pokaz niuansu: kiedy inni szarżowali, Zapasiewicz szeptał. A ten szept miał siłę dzwonu.
Wielkie wrażenie zrobił na mnie również w “Miłości na Krymie” jako Iwan Nikołajewicz Zachedryński. To rola, w której prowadził widza przez rozpad świata i tożsamości – nie tylko bohatera, ale i całej epoki.
Był także reżyserem, który – jak można było zobaczyć choćby w “33 omdleniach” Czechowa – stawiał na tekst, aktora, konwencję. Nie wstydził się teatralności. Przeciwnie: uznawał ją za podstawową wartość.
W pamięci zachował się też jego Baal – wcielenie demoniczności i dekadencji, niemal fizjologiczny teatr śmierci i pożądania. I choć sama postać była momentami odpychająca, to właśnie Zapasiewicz przyciągał – siłą koncentracji, niepokojem w oczach, głosem, który potrafił brzmieć jak wezwanie i ostrzeżenie jednocześnie.
Widziałem go też w “Pieszo” Mrożka w roli Ojca – figura ponura, ale i przesiąknięta melancholią. Zapasiewicz grał tu jak cień człowieka – postać, do której nie sposób już mówić, ale którą wciąż można czuć.
Nie sposób mówić o nim, nie wspominając o jego obecności w Teatrze Telewizji – tam, gdzie moje spotkanie z Zapasiewiczem się zaczęło. I choć był to ekran, nie scena, to siła jego obecności pozostawała taka sama.
Zapasiewicza nazywano „Mistrzem”. Nie na wyrost. Rzadko kto w polskim teatrze łączył intelektualną dyscyplinę z wyobraźnią na takim poziomie. Dla niego aktorstwo było przede wszystkim myśleniem – nie tylko o roli, ale o człowieku. O jego miejscu w świecie, jego fałszach i prawdach, o jego kruchości.
Kiedy dziś patrzymy na scenę, na tę kalejdoskopową feerię ekspresji i emocji, łatwo zapomnieć, że teatr to nie tylko wybuch, ale i konstrukcja. Nie tylko prawda, ale i forma. Zapasiewicz był – i pozostaje – uosobieniem tej świadomości.
Aktorów takich jak on już się nie spotyka. Ale może nie trzeba ich tworzyć na nowo. Może wystarczy pamiętać – i słuchać… Bo głos Zapasiewicza, nawet zarejestrowany, nawet wspomniany, ciągle mówi do nas z wyjątkową, niepodrabialną klarownością.
I mówi: „Teatr to nie ty. To świat.”