Spektakl Lista uchybień w reżyserii Pameli Leończyk porusza wiele ważnych tematów dotyczących pracy w instytucjach kultury – dla wielu widzów jest przejmujący, mocny i potrzebny. Dla mnie był to jednak spektakl pełen trudnych emocji, wewnętrznego sprzeciwu i niejednoznacznych reakcji. Dlaczego?
Trudno mi pisać ten tekst. Trudno, bo nie chcę być złośliwy, nie chcę prowokować dla samej prowokacji, a jednocześnie nie potrafię udawać, że po obejrzeniu „Listy uchybień” czułem się tak samo, jak kilku widzów i recenzentów wokół mnie. Oklaski? Były. Owacje? Także. Wzruszenie, zrozumienie, identyfikacja – wszystko to znajdowało się wokół. Ale nie we mnie.
Jako widz poczułem się… wykluczony. Tak, w spektaklu o przemocy, systemowej opresji i kulturowej alienacji – to ja byłem tym, który nie został wpuszczony do środka.
Teatr „dla nas” – ale kim jest to „my”?
Zacznijmy od fundamentu. Spektakl powstał na bazie doświadczeń środowiska kultury. Realne, przejmujące historie, skrupulatnie zebrane przez Stowarzyszenie Pedagogów i Pedagożek Teatru, przerobione zostały na scenariusz. Zamiast fikcji – dokument. Zamiast fabuły – mozaika opowieści. To wartościowe. To ważne. Ale też… bardzo branżowe.
Z każdą kolejną sceną miałem wrażenie, że oglądam coś bardzo potrzebnego – ale niekoniecznie teatralnego. Albo inaczej: potrzebnego tym, którzy w tym teatrze już są. „Lista uchybień” zdaje się mówić głosem środowiska do środowiska, i tylko czasem, z rzadka, patrzy ponad głowami widzów w stronę szerszego kontekstu. To teatr wewnętrzny, intymny, ale też przez to mocno zamknięty.
I nie chodzi o to, że nie rozumiem problemu. Rozumiem – i to aż za dobrze. Płace, mobbing, umowy śmieciowe, wypalenie, „pasja” jako pretekst do wyzysku. Ale czy to wszystko musi być tak dosłowne? Tak „wprost”?
Śmiech, który nie wybrzmiał we mnie
Recenzenci zgodnie chwalą spektakl za jego ironię, humor i przenikliwe obserwacje. Faktycznie – niektóre obrazy są celne, groteskowe, niemal kabaretowe. Meryl Streep dająca „anty-porady” o balansie życiowym to świetny moment. Ale dla mnie to właśnie ta lekkość stała się pułapką.
Czy da się mówić o przemocy i wyzysku w kulturze z humorem? Tak. Ale śmiech powinien być tu trudny, niewygodny, podszyty ciężarem. Tymczasem miałem wrażenie, że spektakl ucieka w ironię tam, gdzie mógłby pozwolić sobie na powagę, ciszę, zawieszenie. Czasem miałem wrażenie, że jestem na spotkaniu towarzyskim, na którym wszyscy wiedzą, o czym mowa – a ja, mimo że rozumiem język, nie potrafię odnaleźć się w nastroju.
Sceny, które nie bolały
Największy problem miałem z emocjonalnym tonem przedstawienia. Nawet kiedy na scenie padały mocne słowa: „molestowanie”, „niewidzialność”, „zmanipulowana”, „oszukany”, „przemęczona” – nie czułem ich ciężaru. Czułem performans. Bardzo dobrze zrealizowany, rytmiczny, zgrabny… ale jednak oddzielony od mojego własnego doświadczenia. Czegoś zabrakło. Może ryzyka? Może brzydoty, milczenia, niedoskonałości?
A może po prostu – zgrzytu, który sprawiłby, że ten teatr przestaje być lustrem dla środowiska, a staje się nożem w jego wnętrzu?
Przestrzeń siłowni, którą się ogląda – ale nie przeżywa
Scenografia Jakuba Drzastwy – siłownia, w której performerzy biegają w miejscu, wykonują polecenia, gubią się w bezsensownych ruchach – to świetna metafora. Ale i tu pojawił się u mnie problem: coś, co trwało zbyt długo, przestało działać. Pierwsze minuty – ok. Ósma minuta? Już czekałem, aż się skończy. I wtedy przyszło olśnienie – może o to chodziło?
Tylko że ta gra z cierpliwością widza działa wtedy, gdy wciąga go w strukturalny konflikt. A ja czułem się raczej zmęczony niż dotknięty. Wypchnięty, nie wciągnięty. Uczestnik gry, której nie rozumiem.
Teatr, który mówi ważne rzeczy – ale czy mówi je teatralnie?
Nie mam wątpliwości, że „Lista uchybień” to ważny spektakl. Tak jak nie mam wątpliwości, że Pamela Leończyk jest reżyserką świadomą, inteligentną, pracującą z ogromną empatią wobec ludzi i tematów. Ale muszę zapytać: czy teatr to tylko przestrzeń dla głosu tych, którzy mają coś ważnego do powiedzenia? A może także – przestrzeń, w której ten głos zostaje przetworzony, zakwestionowany, zderzony z czymś nieoczywistym?
W tym spektaklu zabrakło mi tego „czegoś więcej”. Tego momentu, w którym dokument pęka, a w jego miejscu pojawia się metafora, uniwersalność, pytanie otwarte, nie zamknięta teza.
Bo „Lista uchybień” nie jest uchybieniem – ale jest też niepełna
Nie chcę powiedzieć, że to zły spektakl. Nie chcę go przekreślić, ani stawiać w opozycji do „mądrych recenzji”. Chcę jedynie zauważyć, że coś może być ważne i dobre – a jednocześnie nie działać w każdym. I że warto o tym mówić.
Potrzeba wielu języków
Ten felieton nie jest recenzją – i nie chce być polemiką z innymi opiniami. Uznaję, że spektakl Pameli Leończyk wywołuje poruszenie. Ale jestem też przekonany, że temat pracy w kulturze, z całym jej emocjonalnym, systemowym i ludzkim ciężarem – potrzebuje wielu języków opowiadania.
Nie każdy głos musi krzyczeć. Nie każdy gniew prowadzi do oczyszczenia. Ale każdy opór – nawet ten wobec spektaklu – może być początkiem rozmowy.
Może czasem prawda wymaga nie tyle listy, co milczenia po niej.