Siedząc w rzędzie recenzenckim, czułem się jak w epicentrum wydarzenia. Ale wrażenia, jakie wyniosłem z tego wieczoru, nie mają w sobie nic z przejrzystego zachwytu, którym częstuje się słuchacza w zachowawczych relacjach. Miałem momenty wzruszenia, owszem. Ale ogólna linia emocjonalna koncertu z Dmitrym Abloginem i Freiburger Barockorchester, choć prowadzona uczciwie i z ogromną kulturą dźwięku, była dla mnie raczej rozczarowująca.
Fortepian „pantalion” i poetyka ciszy
Ablogin zasiadł przy buchholtzu – kopii fortepianu zbudowanego przez Paula McNulty’ego dla NIFC, takiego, jaki mógł towarzyszyć Chopinowi w jego młodzieńczym, warszawskim życiu koncertowym. Wybór jak najbardziej historycznie zasadny, a nawet symboliczny, ale z dzisiejszej perspektywy – niestety ryzykowny, zwłaszcza w sali takiej wielkości, jak Filharmonia Narodowa. Ciche, nierównomierne brzmienie instrumentu zdawało się ustępować pod naporem nawet historycznych smyczków i dętych. Z mojego miejsca zbyt często miałem wrażenie, że słucham tylko orkiestry, a fortepian gdzieś się unosi, jak duch Chopina – nieuchwytny i zamglony.
To nie był przypadek – podobne uwagi płynęły z różnych części sali. Być może koncert rzeczywiście lepiej działał w streamingu, gdzie mikrofony dają złudzenie akustycznej równowagi. Ale na żywo niestety nie miałem złudzeń – granie bez dyrygenta wymaga wyjątkowej komunikacji i idealnych warunków odsłuchu, a tych zabrakło. Uwertura do „Don Giovanniego”, choć dramatyczna i pełna dobrych zamiarów, nie otworzyła koncertu z tym impaktem, na jaki liczyłem. W Larghettach obydwu koncertów bywało intymnie, bywało pięknie – ale też bywało anemicznie. W Allegrach – szczególnie w f-moll – orkiestra zdawała się rwać do przodu, a pianista – próbować utrzymać się w jej cieniu.
Ablogin – wielki artysta w nie całkiem wielkiej odsłonie
Nie mam żadnych wątpliwości co do klasy Dmitrija Ablogina jako muzyka. To artysta o ponadprzeciętnej wyobraźni, głębokiej kulturze frazowania i autentycznym poetyckim instynkcie. Ale ta poezja – choć była obecna – w tym konkretnym kontekście nie potrafiła się w pełni przebić przez brzmieniowy mur. Technicznie Ablogin był bez zarzutu, jego improwizacyjne preludiowanie było urocze i stylowe, ale połączenie cichego fortepianu, braku dyrygenta i czasem gęsto prowadzonej partii orkiestry doprowadziło do wielu sytuacji, w których muzyczne napięcia znikały w rozproszeniu.
Zdarzały się też realne niedoróbki – zwłaszcza w blachach i dętych w Koncercie f-moll, co wskazuje na trudność we wzajemnym słyszeniu się muzyków na scenie. Momentami koncert przypominał bardziej próbę generalną niż gotowy produkt – i choć to wszystko zostało opakowane w aurę „historycznego autentyzmu”, trudno było nie poczuć niedosytu.
Bis – moment prawdy
I właśnie dlatego bis, czyli powtórzone Larghetto z f-moll, był dla mnie najpiękniejszym momentem całego koncertu. Nagle, bez presji, bez konstrukcji formy, bez walki o proporcje – muzyka popłynęła swobodnie, naturalnie, z pełnią emocji i delikatnością, która nie musiała już niczego udowadniać. To było jak prywatne wyznanie artysty po oficjalnej przemowie – szczere, skupione, wzruszające. I właśnie ten moment uświadomił mi, że nie z wykonawcą miałem problem, ale z całościową koncepcją tego koncertu: jego akustycznym niedopasowaniem, brakiem dyrygenckiego spoiwa, być może także zbytnią wiarą w to, że „historyczne” samo z siebie znaczy „przekonujące”.
Na koniec – nieco gorzkiej refleksji
Mam ogromny szacunek dla idei Festiwalu „Chopin i jego Europa” – to niepodważalna wartość w pejzażu muzyki klasycznej. Ale wczorajszy wieczór był dla mnie dowodem, że szczerość intencji nie zawsze równa się sile wyrazu. Historyczność to nie wszystko – potrzebne są jeszcze dramaturgia, nośność i klarowność. Tego ostatniego najbardziej mi zabrakło.
Ablogin to bez wątpienia wielki artysta, ale nawet największy nie uniesie koncertu, jeśli akustyka go zdradzi, a fortepian szepcze w miejscu, gdzie powinien przemawiać.
https://nifc.pl/pl/