Wieczór, który rozpoczął się od ciszy. Ale nie tej zwykłej – poprzedzającej pierwszy dźwięk – lecz ciszy znaczącej, jakby specjalnie rozciągniętej poprzez nieoczekiwane wykonanie „Arii” z III Suity orkiestrowej Bacha. Zagranej przez AUKSO bez dyrygenta, bez zapowiedzi, bez zbędnych gestów. To nie był tylko wstęp – to było jak westchnienie przed wyprawą, prolog bez słów. Brzmiało to jak ukłon – może hołd, może modlitwa. Nie wiadomo, komu konkretnie, ale nie sposób było nie poczuć, że to chwila szczególna.
Zaraz po niej – całkowita zmiana tonacji i sensu. Arnold Schönberg i jego „Oda do Napoleona Bonapartego” to dzieło nieprzystępne, ale – w tej interpretacji – niezwykle silne. W roli głosu Byrona wystąpił Łukasz Hajduczenia – nie jako deklamator, ale jako wcielenie tekstu, jego głęboko przetrawiony rezonator. Wspierany przez Radosława Kurka przy fortepianie – precyzyjnego, skupionego, bezbłędnego – wydobył z tej muzyczno-słownej konstrukcji cały ciężar historycznego rozczarowania i politycznej goryczy.
To wykonanie nie tylko pokazało wartość kompozycji jako takiej. Ono zadziałało na poziomie głębszym – jako komentarz. Zwłaszcza tego wieczoru, w Dniu Niepodległości Ukrainy, tekst Byrona zyskał dodatkowy wymiar. Wzburzenie i ironia, z jakimi poeta ocenił upadek Napoleona, rezonowały ze współczesnymi niepokojami i pytaniami o losy przywódców, granice próżności, siłę destrukcyjnych ambicji. Ten moment koncertu nie był wygodny. Ale był potrzebny.
Zderzenie z Mozartem, które nastąpiło po przerwie technicznej, mogło wydawać się nieoczekiwane. A jednak – właśnie ta zmiana rejestru zadziałała oczyszczająco. Koncert Es-dur KV 365 na dwa fortepiany zabrzmiał jak powrót do ludzkiego wymiaru muzyki. Japońscy pianiści – Aimi Kobayashi i Kyohei Sorita – stworzyli duet, który urzekał subtelną równowagą. Nie był to pokaz wirtuozerii dla samej siebie. Raczej – rozmowa. Wzajemne słuchanie. Spontaniczne porozumienie.
Nie był to Mozart w duchu rekonstrukcji historycznej, z ornamentyką mierzoną skalpelem. Ale było w nim wszystko, co najważniejsze – świeżość, lekkość, zrozumienie retoryki frazy i naturalna elegancja. Orkiestra AUKSO, prowadzona przez Marka Mosia, stworzyła dla tego dialogu przestrzeń – nie dominując, ale też nie ustępując. Słychać było, że to nie są przypadkowo dobrani soliści. Tu była prawdziwa, organiczna chemia.
Rondo A-dur Schuberta na cztery ręce, wykonane na bis, wniosło jeszcze więcej światła – może nawet odrobinę za dużo. Wszystko było piękne, lekkie, pełne wdzięku, ale brakowało gdzieś podskórnego niepokoju, który w tej pozornie pogodnej muzyce często ukrywa się pod powierzchnią. Może to kwestia wieku, może nastroju – w każdym razie, był to bis szczery i pełen uroku.
Na koniec – Lutosławski. Ale w wersji zmodyfikowanej. Andrzej Bauer odważył się na rzecz rzadką – przeniósł Partitę ze skrzypiec na wiolonczelę i wykonał ją z orkiestrą. Czy to było ryzykowne? Oczywiście. Lutosławski jest jednym z tych kompozytorów, których forma wydaje się być zamknięta jak perfekcyjny mechanizm – każde przesunięcie może coś rozstroić. A jednak – eksperyment się obronił.
Bauer, który zna Partitę niemal od podszewki, zagrał ją z ogromnym wyczuciem – jakby odnajdując nowe ścieżki w dobrze znanym krajobrazie. Nie wszystko niosło się równie klarownie, jak w oryginale – to oczywiste, że rejestr wiolonczeli nie ma tej samej zdolności przebijania się przez fakturę orkiestrową, co skrzypce. Ale w zamian dostaliśmy dźwięk bardziej nasycony, głęboki i materialny. Agnieszka Kozło – znakomita w partii fortepianu – dopełniła ten obraz muzyką inteligentnie osadzoną i niezwykle muzykalną.
AUKSO grało – jak zwykle – z zaangażowaniem i techniczną precyzją. Brzmienie było klarowne, a proporcje dobrze wyważone, nawet mimo skomplikowanej faktury utworu. Całość nie była próbą „ulepszenia” Lutosławskiego, ale propozycją innego spojrzenia – i to spojrzenia pełnego szacunku.
Ten wieczór trudno podsumować jednym zdaniem. Był niejednorodny – i właśnie dzięki temu miał swoją siłę. Zamiast jednej, wyraźnej narracji, otrzymaliśmy kilka równoległych wątków: od kontemplacji przez dramat, aż po pogodny finał. I choć nie każda część programu miała ten sam ciężar emocjonalny, to jako całość był to koncert pełen treści, napięcia i autentycznego spotkania ze sztuką.
A przecież o to właśnie chodzi – żeby nie zawsze wszystko się zgadzało, ale żeby zostawało z nami na długo po ostatnim dźwięku.
https://nifc.pl/pl/