W Toruniu zmarł Mieczysław Banasik – aktor o donośnym głosie i wewnętrznym spokoju, który na scenie budował napięcie nie siłą ekspresji, lecz precyzją, uważnością i sceniczną prawdą.
Mieczysław Banasik to aktor, którego obecność na scenie trudno było zignorować, choć nigdy nie zabiegał o to, by być w centrum. Przez lata związany z Teatrem im. Wilama Horzycy, tworzył role, które zostawały w pamięci na długo po tym, jak gasło światło na widowni.
Patrzyłem na jego pracę z kilku perspektyw – najpierw jako kolega po fachu, później jako krytyk teatralny, który coraz uważniej śledził toruńskie premiery. Ceniłem go za powściągliwość, za precyzję w budowaniu postaci i – może przede wszystkim – za sceniczną prawdę. Bo u Banasika nie było miejsca na grę „pod efekt”. Był aktorem starej szkoły, ale w najlepszym tego słowa znaczeniu – szlachetnym rzemieślnikiem, który wiedział, że teatr to nie tylko ekspresja, ale też słuch, rytm i pokora wobec tekstu.
Nie sposób zapomnieć jego Horodniczego w Rewizorze w reż. Krystyny Meissner – pozbawionego farsowej szarży, tragikomicznego w najczystszym sensie tego słowa. Albo Mendla Krzyka ze Zmierzchu – człowieka, który niesie na sobie ciężar historii, nawet jeśli sam mówi niewiele. Jego Sieriebriakow w Wujaszku Wani był dokładnie taki, jaki powinien być – irytująco pogodzony ze swoją egzystencją, a zarazem boleśnie świadomy własnego wypalenia. W Wiśniowym sadzie zagrał Firsa – cicho, prawie niezauważalnie – i właśnie dlatego poruszająco. Banasik umiał zniknąć w roli, jednocześnie zostając z widzem na długo.
Nie był aktorem jednej konwencji. W Pakujemy manatki Levina, w reżyserii Iwony Kempy, potrafił – jak celnie zauważył Jacek Sieradzki – ze śmierci na zatwardzenie wyjść z dystynkcją. To nie jest umiejętność oczywista. A jednak Banasik miał ją w sobie: potrafił nadać godność nawet groteskowej sytuacji. W Hamlecie był duchem – z głosem z innego porządku, z ruchem, który przypominał, czym była klasyka zanim została obrócona w ironię. W Kolacji na cztery ręce jako Jan Sebastian Bach emanował spokojem człowieka, który wie, czym jest muzyka – i teatr.
Miałem okazję oglądać go także w Bydgoszczy, kiedy toruński Teatr Horzycy przyjeżdżał ze spektaklami w ramach podjętej współpracy. Za każdym razem czekałem na jego wejście. Bo wiedziałem, że to będzie wejście aktora, który nie zagra „dla siebie”. Zagra dla przedstawienia.
Wielu z tych ról dziś już nikt nie przypomni – teatr jest sztuką ulotną, a Banasik nie należał do pokolenia, które zostawiało po sobie starannie prowadzony profil w mediach społecznościowych. Zostawił coś innego – pamięć widzów, którzy potrafią jeszcze dostrzec wartość w roli zagranej z wewnętrzną uczciwością.
Dziś, kiedy często szuka się na scenie ekspresji ponad miarę, dobrze przypomnieć sobie, że teatr bywa również szeptem. Mieczysław Banasik był jego mistrzem.
https://teatr.torun.pl/