Intymny spektakl w hotelowym apartamencie, dwoje aktorów, jedno rozbite małżeństwo i język, który boli bardziej niż milczenie. „Godej do mie” to teatr, który się przeżywa – ciałem, emocją, pamięcią.
Wróciłem pamięcią do „Godej do mie”, gdy pojawiły się zapowiedzi ekranizacji tego spektaklu. Przedstawienie, które widziałem w zeszłym roku w warszawskim hotelu Westin podczas „Przystanku Śląsk”, pozostaje jednym z bardziej poruszających doświadczeń teatralnych. Filmowa adaptacja może tchnąć nową energię w tę historię, ale warto przypomnieć sobie, czym był ten spektakl – intensywnym, prawdziwym i niepowtarzalnym teatrem.
Akcja rozgrywa się w rzeczywistym hotelowym apartamencie, nie na scenografii – to prawdziwe wnętrze z tarasem, sofami i łóżkiem, w którym mieści się zaledwie trzydzieści osób. Jesteśmy dosłownie o krok od aktorów, czasem niemal obok nich, przemieszczając się między pokojami i stając się częścią ich intymnego świata. To teatr angażujący wszystkie zmysły, bez dystansu i teatralnych masek.
W centrum znajduje się małżeństwo: Agnieszka (Agnieszka Radzikowska) i Darek (Dariusz Chojnacki), przedstawiciele klasy średniej, pogrążeni w żałobie po śmierci dziecka. Ich związek jest rozkładany na czynniki pierwsze – bez teatralnych ozdobników, ale z brutalną szczerością i silnym napięciem emocjonalnym. Miłość przeplata się tu z nienawiścią, pretensje z przebaczeniem, zdrada z lojalnością. Pytanie nie brzmi już „czy się kochają?”, lecz „dlaczego wciąż są razem?”.
Radzikowska i Chojnacki tworzą duet znakomity. Ich gra jest autentyczna i pozbawiona manier, a emocje płyną naturalnie, zmieniając się moment po momencie. Siedząc obok nich, czujemy się jak nieproszeni świadkowie bardzo osobistej rozmowy – tak intymnej, że aż krępującej. Nie sposób oderwać od nich wzroku.
Najbardziej poruszającą sceną jest quiz językowy, w którym Agnieszka sprawdza Darka ze znajomości śląskich słów. Choć on deklaruje swoją śląskość, nie zna słowa „szajdung” – rozwód. To nie tylko test językowy, ale symboliczna walka o tożsamość i relację. Quiz staje się próbą, gdzie stawką jest nie tylko rozwód, lecz także prawda o ich związku i jego przyszłość. W tle jest tragedia – śmierć ich synka, za którą Agnieszka czuje się odpowiedzialna, a Darek nie potrafi wybaczyć. Ta scena pokazuje, jak język może służyć kontroli, ale też ratować bliskość – choć często pozostaje niewystarczający wobec bólu i utraty.
Robert Talarczyk – autor scenariusza i reżyser – unika teatralnych sztuczek, koncentrując się na relacjach i emocjonalnym rytmie. Hotelowy apartament, tymczasowy i obcy, symbolizuje samotność i rozpad więzi. To miejsce, gdzie stabilność zamienia się w kruchą iluzję.
„Godej do mie” to spektakl, który boli i porusza. Opowiada o stracie, ale także o trudnościach porozumienia – nawet gdy mówi się tym samym językiem. Język, choć zapomniany czy nieoczywisty, bywa jedynym sposobem dotarcia do najgłębszych emocji.
Finał zostawia otwartą ranę, ale też cień nadziei. Miłość i nienawiść mieszają się bez wyraźnych granic. Ten teatr nie daje gotowych odpowiedzi – każe poczuć i przetrwać.
Po spektaklu – wspólna kolacja z aktorami, symbol bliskości i domknięcia kręgu. Wszystko, co wydarzyło się w tym pokoju, było prawdziwe – tak bardzo, jak może być prawdziwa dobrze opowiedziana historia.
Dlaczego teraz? Bo jeśli powstaje film, to będzie już inna opowieść. „Godej do mie” to teatr, który oddychał razem z widzem – żywy, nie do powtórzenia. I właśnie do takiego teatru warto wracać – z pamięci, emocji, tęsknoty.